sobota, 31 stycznia 2015

31 stycznia Christchurch i Queenstown

Dzisiaj do przemierzenia mieliśmy ponad 500 km. Mogę jednak z czystym sumieniem powiedzieć,  że wysiłek podróży jest wart widoków jakie mogliśmy podziwiać.  W okolicach Christchurch krajobrazy przypominały naszą nizinną Polskę, by po przejechaniu kilkunastu kilometrów całkowicie się zmienić i bardziej przypominać prerię i wysokie góry  Dzisiejszą trasę można podsumować jednym słowem - zmiana zmiana zmiana.
Ukoronowaniem dnia był spacer pod lodowiec.  Niestety na skutek dużego zachmurzenia nie mogliśmy podziwiać widoku najwyższego szczytu Mt Cook. Jest zapewniali nas miejscowi, jest to typowa pogoda dla tego okresu i mieliśmy dużego pecha, bo jeszcze parę dni temu pogoda była lepsza.
Warto zaznaczyć,  że to właśnie w tej okolicy kręcono filmy Władca Pierścieni i Hobbit.
Przed dojazdem do Queenstown zatrzymaliśmy się przy sklepie z owocami,  który znajduje się w ogromnym sadzie.  Niestety był on już zamknięty,  ale rodzina właścicieli podarowała nam karton swieźutkich nektarynek.



piątek, 30 stycznia 2015

30 stycznia. Witaj Nowa Zelandio

Dziś nic wielkiego się nie działo.  Caly dzień w samolocie i na lotnisku.  Nowa Zelandia przywitała nas chłodniejszą pogodą,  ale w tym przypadku pozwoliło nam trochę odetchnąć od upału.

czwartek, 29 stycznia 2015

29 stycznia Kuraanda

Ostatni dzień w Australii to wycieczka do Kuraandy. Jest to dawna górnicza osada,  a obecnie punkt wypadowy do lasów deszczowych. My jednak rozpoczęliśmy dzien od wizyty w małym zoo, w którym czekały na nas diabły tasmanskie,  dingo, krokodyle,  a takze skaczące wokół naszych nog wszedobylskie kangury.  Największą atrakcją były jednak misie koala, ktore leniwie spoglądały na nas z gałęzi eukaliptusowych.  Chetni mogli wykonać sobie pamiątkowe zdjęcie z koala trzymanym na rękach.
Kolejną atrakcją był przejazd amfibią po lesie deszczowym i jeziorku. Z bliska widzieliśmy tam niesamowite rośliny i liczne gady oraz płazy.  Na koniec wizyty w zoo-parku mieliśmy okazję na samodzielne poznanie techniki rzutu bumerangiem oraz na obejrzenie pokazu tańców aborygeńskich.
Z zoo pojechaliśmy już do pobliskiej Kuraandy.  Jest to malutkie miasteczko nastawione na turystów.  Stanowi jednak punkt końcowy kolejki jeżdżącej na trasie Cairns-Kuraanda i to dla tej kolejki warto odwiedzić to miejsce.
Trasa kolejki wiedzie przez góry i las deszczowy, oferując podróżnym wspaniale widoki. Do najpiękniejszych trzeba zaliczyć wodospady Barron. 10 minutowy postój byl zdecydowanie za krótki,  aby w pełni napawać się pięknem tego miejsca.  Cała podróż trwa niecałe dwie godziny,  ale upływa bardzo szybko, dzięki cudownym krajobrazom.




środa, 28 stycznia 2015

28 stycznia Cairns

Nadszedł czas na wielką przygodę, a dla mnie taką niewątpliwie była możliwość zobaczenia rafy koralowej. O poranku wypłynęliśmy szybkim katamaranem na zewnętrzną część rafy. Na pierwszym postoju była możliwość snurklowania lub nawet zejścia z instruktorem na 8 m w głębiny oceany. Dawało to możliwość bliższego spotkania z pięknem podmorskiej fauny i flory. Widoki zapierały dech w piersiach,  a pełne słońce i krystalicznie czysta woda wydobywały całe piękno podmorskiego świata.  Niektórzy szczęśliwcy mieli nawet okazję spotkania żółwia majestatycznie przemierzającego okolicę.







wtorek, 27 stycznia 2015

27 stycznia Alice Springs

Niespodzianek ciąg dalszy. Wszyscy nastawili się na upaly,  a od rana słoneczko tylko leciutko przedziera się przez chmurki a temperatura nie przekracza 24 stopni. Ponadto na dzisiaj wyrobiona została już roczna norma opadów. Nie oznacza to, że spotkała nas burza.  Doswiadczylismy jedynie małego kapusniaczka.  Ma to dobrą stronę, ponieważ dzisiejszy spacer nie odbywał się w upale, a w takiej polskiej letniej pogodzie.
Jak zawsze góry wywarły na nas ogromne wrażenie.  Nie da sie słowami opisać widoku jaki ujrzeliśmy po dotarciu do punktu widokowego i wrót wąwozu.
Alice Springs to mała mieścina, ale stanowiła waźny punkt na szlaku telegraficznym i podniebnych lekarzy. Rowniez tych atdakcji nie mogło zabraknąć na naszej drodze. Z podziwem trzeba patrzeć na pionierów telegrafu, ktorzy odwazyli się zamieszkać w tym idealnym środku Australii na absolutnym odludziu i i w niesprzyjających warunkach środowiska.
Niestety zdjęć nie chce dodać :(




poniedziałek, 26 stycznia 2015

25 stycznia Uluru

Dzisiejszy dzień to pierwsze spotkanie z Outbackiem. Temperatura po wyladowaniu wyniosła "tylko" 37 stopni. Przeskok był więc ogromny. Trudy klimatyczne zostały zrekompensowane calkowicie prze bajeczne widoki gór Olgas i najbardziej znanej Uluru.  Żadne zdjęcia nie oddadzą magii tego miejsca. Uwinczeniem wspaniałego dnia byl piknik na pjnkcie widokowym z szampanem i przekąskami.

26 stycznia Uluru część druga.

Dzisiaj wielkie święto Australijczyków i ich odpowiednik naszego dnia niepodległości.  Obchodzą go na pamiątkę przybycia do dzisiejszego portu Sydney pierwszych odkrywców.  Liczyliśmy na wielkie świętowanie w Alice Springs. Niestety w miastecxku, do którego przybyliśmy wieczorem, nie przewidziano żadnych atrakcji.  Poranny spacer w bliskości Uluru przyniósł nam wiele wrażeń i pokazał jaką moc ma deszcz, ktory spadł tam 2 tygodnie temu.  Wszystkie roślinki zaczynają kwitnąć, zamieniając pustynny kraiobraz w brązowo-zielony dywan.

Przyszła kolej na 450 km przejazd do Alice Springs. Okazal się on bardzo sprawny, a drogi bardzo dobrej jakości.  Przez większość czasu mogliśmy jechać powyżej 100km/h. Podróż zostala urozmaicona dwoma postajami. Za pierwszym razem mogliśmy napawać się wspanialymi widokami czerwonej pustyni i solnych jezior. Za drugim razem zatrzymaliśmy się na farmie,  gdzie pierwszy raz widzieliśmy kangury i emu. Niestety wyłącznie za kratami.

Tak dotarliśmy do Alice Springs, które rozczarowało nas vrakiem fety. Może jutro to nadrobi, gdy będziemy bliżej się z nim zapoznawać.

sobota, 24 stycznia 2015

24 stycznia Blue Mountain

Dzisiejszy dzień poświęciliśmy na odwiedzenie starej górniczej osady Kuraanda  leźącej nad malowniczymi górami Blue Mountains, które swoją nazwę zawdzięczają błękitnej poświacie tworzonej przez opary olejków eukaliptusowych. Przejażdżka kolejką niczym z parku rozrywki i malownicze wodospady zostawiają niesamowite wspomnienia i lekki niedosyt,  ze trzeba już się źegnać z tym pięknym miejscem.
Przeźyliśmy teź zabawną historię w barze, w którym zatrzymaliśmy się na lunch. Okazało się,  że dla obsługi 50 minut to mało na podanie prostego posiłku.  Ostatecznie dostaliśmy nasze zamowienie na wynos i zjedlismy w drodze powrotnej do Sydney.

Na deser pozostał nam spacer po starej portowej dzielnicy The Rocks oraz ostatni rzut oka na operę i Sydney Harbour Bridge.
Zmęczeni ale zadowoleni wróciliśmy do hotelu,  korzystając jeszcze w ciągu dnia z metra i jego najstarszej stacji.

piątek, 23 stycznia 2015

23 stycznia Sydney

Prawdziwy pierwszy dzień wycieczki dostarczył nam wspaniałą pogodę. Na początek odbyliśmy rundkę po centrum Sydney. Całkiem urokliwe miasto, gdzie nowoczesność łączy się ze starymi jak na to miejsce budynkami. Mamy więc stary kościółek wciśnięty pomiędzy drapacze chmur, ale teź liczne parki pełne biegaczy. Upojeni widokiem opery i  Harbor Bridge udalismy do Manly,  gdzie mają wspaniałe plaże i piasek (taki jak na naszych polskich plażach).  Trochę zmęczeni całodziennym spacerem i słońcem wróciliśmy do opery na operę "Zaczarowany flet" w bardzo komediowej wersji,  która wszystkim przypadła do gustu.