niedziela, 13 grudnia 2015

12 grudnia Tihuanacu

Czas się już źegnać z Boliwią. Jutrzejszy dzień to właściwie tylko już zamykanie spraw organizacyjnych oraz pakowanie do drogi powrotnej.
Ostatnim naszym punktem wycieczki było Tihuanacu. Stanowisko archeologiczne oddalone jest ok 70 km od stolicy i w fantastyczny sposób pokazuje historię ludzi zamieszkujących dawniej te tereny, ich sposób budowania i prawdopodobne miejsca kultu. Nadal wiele pozostaje tutaj tajemnic i możemy tylko spekulowac o przeznaczeniu poszczególnych miejsc i przedmiotów. Prowadzi to powstawania przeróżnych teorii,  łącznie z tymi o wizycie kosmitów i zbudowanym dla nich miejscu lądowania.
Wracając do La Paz zobaczyliśmy bardzo intensywne przygotowania do parady świątecznej.  Przy samochodach i platformach uwijali się pracownicy kończąc dekoracje. Byliśmy więc pewni, że parada będzie jutro w południe i lepiej będzie odstawić samochód jeszcze dzisiaj.  Chcieliśmy w ten sposób uniknąć korków. Niestety,  ale nasze przypuszczenia były błędne. Parada była jeszcze dzisiaj, a my i tak nie mogliśmy wjechać na zamkniętą ulicę i ostatecznie utknęliśmy w korkach,.Pozostawilismy więc samochód na jednej z małych uliczek i pieszo trasą parady wróciliśmy do hotelu. Już o tak wczesnej porze wszystkie najlepsze miejsca widokowe na trasie parady były zajęte,  a tłum cały czas gestnial. Bardzo liczną grupę widzów stanowiły dzieci ze swoimi szkolnymi opiekunami. Całość wyglądała bardzo malowniczo,  a wśród platform nie zabrakło też elementów przedswiatecznej reklamy

sobota, 12 grudnia 2015

11 grudnia Oruro do La Paz

Domykamy dzisiaj naszą boliwijska pętlę i z Oruro jedziemy do stolicy. Poranek to jeszcze ostatni rzut oka na Oruro. Pozegnalismy się z nim podjezdzajac pod górę na której wzniesiono statuę. Nie jest to jednak typowo dla tych regionów Chrystus, a postać Maryi z dzieciatkien.
Do La La Paz nie było już daleko, bo raptem 200 km i to po szerokiej kilkupasmowej drodze. Nie byłoby jednak zabawnie,  gdybyśmy nie przeżyli przygody. Przed samym La Paz jest El Alto. To przez nie wiedzie główna droga wjazdowa do miasta. Oczywisci e można jechać krócej przez wąskie strome uliczki,  ale tak jest wygodniej i bezpieczniej. Okazało się jednak,  ze na tym odcinku drogi obowiązują restrykcje odnośnie poruszania się pojazdów i tylko z określonymi tablicami mogą danego dnia jeździć tam. Wszystko oczywiście z uwagi na ogromny ruch. Nasze tablice nie były przewidziane na dziś i zostaliśmy skrzętnie kilkukrotnie wylapani przez policjantów. Na szczęście okazywali się bardzo wyrozumiali dla ecstranjeros  i pozwalali nam dalej jechać.

piątek, 11 grudnia 2015

10 grudnia Cochabamba Oruro

Cochabamba to duże miasto,  ale nie ma  w nim wielu atrakcji turystycznych. Chcąc poznać jego klimat poszliśmy na spacer głównymi ulicami. Naszym celem była statua Chrystusa na wzgórzu. Ma on podobnie jak w Rio opiekować się miastem. Zanim jednak tam dotarliśmy byliśmy świadkami ogromnej parady ulicznej z okazji zbliżających się Świąt. Była to niesamowita mieszanka ludzi ze sztandarami, platform z Maryją i Józefem,  przebierańców mikolajowych, przyozdobionych aut, a nawet reklam prezentów.
Na górę że statua wjechalismy kolejką. Rozpościera się tam calkiem ładna panorama miasta. Nie ma jednak tam nic ciekawego.
Nasyceni miastem wróciliśmy do hotelu i ruszyliśmy do Oruro.
Droga to raptem 200 km, ale znów przedzueralismy się przez 4000 szczyty. Na szczęście tym razem po dobrej asfaltowej drodze,  ale w towarzystwie mnóstwa ciężarówek i autobusów.
Samo Oruro bardzo nas pozytywnie zaskoczyło. Wydawało nam się poprzednio ponurym, smutnym miastem. W rzeczywistości tętni życiem,  rynek przyozdobiony jest świątecznie.


czwartek, 10 grudnia 2015

9 grudnia Cochabamba

Dziś mieliśmy prawdziwe 360 km przygody. Plan był prosty, pokonać 360 km główną drogą nr 7 z Samaipate do Cochabamby. Droga na mamie była oznaczona na gruby czerwony kolor, czyli lepiej niż nasze dotychczasowe drogi. Ponadto jej kawałek pokonalismy dojezdzajac do Samaipate i zadanie wydawało się proste na ok 7 godzin. Ale do rzeczy.
Pierwsze 80 kilometrów upłynęło spokojnie, choć asfalt miał sporo dziur. Gdy rozpoczęliśmy wspinaczkę na szczyty,  asfalt się skończył i pozostał szuter. Mimo wszystko droga nie była zla, ale trzeba było jechać wolniej. Tak pokonywalismy kolejne szczyty,  to się wspinajac, to zjezdzajac. Co jakiś czas mijalismy ekipy pracujące przy remoncie drogi.
Pierwszą niespodziankę napotkalusmy gdy do celu mieliśmy prawie 200 km. Widzimy kolejne ekipy budowlane,  a jeden pracownik zatrzymuje ruch. Czekamy cierpliwie aż wszystkie ciężarówki przejada i liczymy na wolną drogę. Ciężarówki przejechaly, mijają minuty, a nadal nas trzymają. Postanowiliśmy dowiedzieć się czegoś od pracownika. Okazało się,  że ruch puszczany jest kilka razy dziennie po 15 minut. Najbliższy termin to hodzina 15. Mamy więc prawie 1,5 godziny czekania. Dla zabicia nudy wróciliśmy do pobliskiej wioski i tam przeczekalismy. Przed 15 stawilismy się razem z innymi autami i lokalnym pksem przed punktem. Co ciekawe przed dojazdem do punktu PKS miał problem z pokonaniem jednego małego zjazdu i trochę trwało zanim robotnicy z żeńska częścią pasażerów pksu rozbili przeszkadzajacy prog.
Chwilę po 15 puszczono ruch i ruszyliśmy. Nie ujechalismy daleko, bo po ok 500 m okazało się,  że tir z bardzo nisko osadzona naczepa utknal. Naczepa utknela na wale i zablokowany był dalszy przejazd.  Sciagnieto więc rownarke i miała ona pomoc wyciągnąć naczepe. Niestety kolejne próby były nieudane i za każdym razem łańcuch pekal. Sciagnieto więc dodatkowo wywrotke i do niej jeszcze raz przymocowano cały zestaw. Po kilku pociagnieciach całość ruszyła i po godzinnym oczekiwaniu ruszyliśmy dalej.
Po kilkunastu kilometrach dojechaliśmy do kolejnego punktu,  gdzie droga jest zamknięta. Tutaj nie chciano już nas puścić dalej i nie było perspektywy na otwarcie drogi dzisiaj. Z pomocą przyszedł nam gps. Sam znalazł objazd,  który prowadził wąskimi wiejskimi drozkami. Przez moment poczulismy się jak na rajdzie,  bo musieliśmy pokonać mały strumyk brodem. Ostatecznie po kilku kilometrach objazdu wróciliśmy na właściwą drogę. Byliśmy jednak cały czas w środku prac budowlanych.
Kolejną przeszkodę napotkalismy po kilkunastu kilometrach. Droga była zasypana i nieprzejezdna, a pracowały na niej spychacze.  Na szczęście okazało się, że jak poczekamy 30 minut,  droga będzie przejezdna. Tak też się stało i po niespełna 30 minutach z innymi autami ruszyliśmy.
Zjezdzalismy w nizsze partie gór i wydawało się,  że to koniec naszych przygód.  Nagle droga znów okazała się zablokowana z uwagi na prace z materiałami wybuchowymi. Na jej otwarcie musielibyśmy czekać do 20. Na szczęście życzliwy miejscowy sam zaproponował,  że poprowadzi nas objazdem. I znów przez kilkanaście kilometrów jechaliśmy polnymi drozkami z naszym nowym pilotem. Na koniec objazdu dotarliśmy już do ładnego odcinka asfaltowego.
Ostanie 120 km przejechalismy jyz po bardzo dobrej drodze,  ale częściowo już po zmroku.

Przygoda była przednia,  a samochód i Bogusz za kierownicą spisali się świetnie.  Pozostałe odcinki do La Paz pokonamy juz dobrymi i znanymi nam drogami.
Co ciekawe ruszając dzisiaj w drogę zatrzymywalismy się 2 razy na punktach poboru opłat i nikt słysząc,  że jedziemy do Cochabamby,  nie powiedział nic o zamknięciu drogi.

wtorek, 8 grudnia 2015

8 grudnia Samaipate

I znów zwalniamy trochę tempa. Po śniadaniu ruszyliśmy na zwiedzanie największej atrakcji turystycznej okolicy,  czyli tzw. fortu. Jest to starodawny obiekt sakralny zlokalizowany na szczycie pobliskiej góry. Cały kompleks jest wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Pogoda jest dziś idealna, ale na szczycie wiatr pokazał swoją siłę.

Po 2 godzinnym spacerze po całym kompleksie wróciliśmy do Samaipate i podjechaliśmy na inne wzniesienie. Tam ulokowany jest niecodzienny hotel. Nazwa się el pueblito (wioseczka) i rzeczywiście ma taką formę. Znajdziemy tutaj rynek i typowy układ ulic, a każdy pokój hotelowy to osobny domek,  który też ma odrębne dekoracje i przypisaną typową funkcję dla pueblo. Całości dopełnia wspaniały widok z góry na miasto.

7 grudnia Samaipate

360 km dzielace Sucre i Samaipate wydaje się niezbyt dużą odległością. Jednak tylko ok 100 km to droga asfaltowa. Reszta to szturowe serpentyny górskie. Niemożliwe jest więc pokononanie szybkie tego odcinka. Pewną rekompensatą są wspaniałej widoki,  gdy co róż wspinamy się lub zjezdzamy z góry.
Samo Samaipate jest bardzo ciekawa,  ponieważ mieszka w nim wielu Europejczyków. Prowadzą oni swoje własne interesy w postaci hosteli lub restauracji i bardzo dobrze odnaleźli się w nowej rzeczywistości.

niedziela, 6 grudnia 2015

6 grudnia Tarabuco

Pogoda dzisiaj marna, bo od rana ciągle pada. Mimo takiej aury wybraliśmy się do oddalonej o 60 km wioski Tarabuco na niedzielny targ. Jak dojechaliśmy deszcz akurat ustawal i lokalni mieszkańcy zaczęli bardziej ochoczo odwiedzać stragany. Większość była wystrojona z okazji niedzieli. Trzeba jednak przyznać,  że oprócz straganow dla miejscowych, gdzie można było przykładowo znaleźć sandały z opon, znalazło się kilka miejsc z artykułami do turystów.
Mimo wszystko bylo to ciekawe miejsce. W drodze powrotnej świeciło już słońca i widoki stały się momentalnie bardziej kolorowe.
W Sucre musieliśmy jeszcze odwiedzić wulkanizatora. Na szczęście udało się znaleźć czynnego w niedzielę. Na miejscowym targowisku zaopatrzylismy się w prowiant na jutrzejsza podróż. Jak wszystkie miasta w Boliwii, tak i targ zorganizowany jest w sposób cechowy. Na jednej uliczce znajdują się sprzedawcy tego samego produktu,  a sam targ ma dwa poziomy.

sobota, 5 grudnia 2015

5 grudnia Sucre

Opuszczamy więc Potosi i jedziemy dalej w kierunku Sucre. Droga znów wiedzie nas przez szczyty i przełęcze górskie. Zjeżdżamy z 4000 na 2500 metrów, więc i zieleni oraz drzew więcej na zboczach. Krajobraz ten znacznie się różni od przejazdu do Potosi.
Miasto też ma zupełnie inny klimat. Czuć tu ducha kolonialnego, a ładnie odnowione budynki nadają miastu bardzo dawnego charakteru. Czuć w mieście obecność bogatych właścicieli kopalni z Potosi.
Dziś bardziej spokojny dzień poświęcony na spacer po mieście. Z ciekawostek warto odnotować wizytę na dachu katolickiej szkoły z której rozpościera się wspaniała panorama,  a dach zwienczony jest dzwonnica, która jest wizytówką miasta.
Na koniec dnia wybieramy się na kolację połączoną z występami ludowymi.

4 grudnia Potosi

Dziś nadszedł czas na zwiedzanie starego górniczego miasta Potosi. Jesteśmy to miasto położone w kotlinie i na okolicznych zboczach.
Zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy od budynku mennicy. Imponuje on swoim rozmachem. Najlepiej widać to na przykładzie dwóch liczb. Mury mają metr grubosci, a sam budynek posiada 5 dziedzincow. W dniach świetności Potosi bilo tutaj ogromne ilości monet dla Hiszpanii.
Po krotkiej przerwie i spacerze w okolicach głównego placu pojechaliśmy na zakupioną wycieczkę do kopalni. Przed wejściem zostaliśmy wyposażeni w caly niezbędny sprzęt kaski z oswietleniem, kurtki, spodnie oraz obuwie górnicze. Na miejscu w grupie czteroosobowej z dwoma opiekunami ruszyliśmy w głąb kopalni. Ponieważ to cały czas czynny obiekt, spotkaliśmy wielu gornikow przy ciężkiej pracy. Wszystko tutaj odbywa się ręcznie,  nawet transport urobku wagonikami na powierzchnię. Kilka razy przeciskalismy się wąskimi i niskimi korytarzami, a raz to nawet trzeba było przechodzić na czworaka. Wyprawa pozostawiła wiele emocji, ale wszyscy zgodnie stwierdziliśmy,  że warunki pracy tam są strasznie.
Na koniec zobaczyliśmy proces przetwarzania wydobytego materialu na poszczególne minerały.

4 grudnia Potosi

Dziś nadszedł czas na zwiedzanie starego górniczego miasta Potosi. Jesteśmy to miasto położone w kotlinie i na okolicznych zboczach.
Zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy od budynku mennicy. Imponuje on swoim rozmachem. Najlepiej widać to na przykładzie dwóch liczb. Mury mają metr grubosci, a sam budynek posiada 5 dziedzincow. W dniach świetności Potosi bilo tutaj ogromne ilości monet dla Hiszpanii.
Po krotkiej przerwie i spacerze w okolicach głównego placu pojechaliśmy na zakupioną wycieczkę do kopalni. Przed wejściem zostaliśmy wyposażeni w caly niezbędny sprzęt kaski z oswietleniem, kurtki, spodnie oraz obuwie górnicze. Na miejscu w grupie czteroosobowej z dwoma opiekunami ruszyliśmy w głąb kopalni. Ponieważ to cały czas czynny obiekt, spotkaliśmy wielu gornikow przy ciężkiej pracy. Wszystko tutaj odbywa się ręcznie,  nawet transport urobku wagonikami na powierzchnię. Kilka razy przeciskalismy się wąskimi i niskimi korytarzami, a raz to nawet trzeba było przechodzić na czworaka. Wyprawa pozostawiła wiele emocji, ale wszyscy zgodnie stwierdziliśmy,  że warunki pracy tam są strasznie.
Na koniec zobaczyliśmy proces przetwarzania wydobytego materialu na poszczególne minerały.

piątek, 4 grudnia 2015

3 grudnia ostatni dzień salaru

Za nami bardzo intensywny dzień. Skoro świt ruszyliśmy w drogę,  pierwszym przystankiem była wioska u podnóża wulkanu. Przy wulkanie znajdują się skalne grobowce kryjące zmumifikowane ciała indian. Mumifikacje zawdzięczają bardzo suchemu i chłodnemu powietrzu. Zafascynowani wulkanem zdecydowaliśmy się na godzina wspinaczkę aby obejrzeć go z bliska. Startowalismy z wysokości 3900 m n.p.m, a dotarliśmy na 4450 m. Trud wspinaczki nie był daremny, bo widoki były fantastyczne.
Po zejściu z wulkanu ruszylismy na małą, ostatnią przejażdżkę po salarze. Tym razem zahaczylismy o jego zachodnią część i wróciliśmy do Uyuni. Tam po krotkim postaju i uzupełnieniu paliwa,  ruszyliśmy w drogę do Potosi. Ponad 200 km trasy wiedzie przez przepiękne szczyty i kotliny.  Widoki tak zapierają dech,  ze co chwila trzeba stawać na punktach widokowych.  Trochę zmęczeni,  ale szczęśliwi dotarliśmy po zmroku do celu.

czwartek, 3 grudnia 2015

2 grudnia Salar

Dziś ruszamy w wycieczkę na północ slaru. Niestety opóźnia sie ona przez brak ciśnienia w oponach. Trzeba bylo wiec na Plaza Mayor pompowac kola pozyczona pompka. Na to wszystko spogladli żołnierze, którzy mieli budować tam ratusz i sprzątać główny plac. Po napompowaniu zaopatrzylismy się w nową pompke i ruszyliśmy w drogę.  Na wyjeździe z miasta spotkaliśmy nasze wczorajsze autostopowiczki i odwiezlismy je do ich wioski,  przy okazji oglądając prowadzony przez ich rodzinę przytulny hoztelik.
Dziś po salarze ruszyliśmy na północ. W samym środku odbilismy na wyspę ryb.  Niestety nie da sie na nią wspiąć. Pozostało nam tylko ja objechac i wrocic na obiad na wyspę centralną.
Ostatni etap dzisiejszej podróży,  to przejazd pod wulkan. Tę trasę miałam przyjemność pokonać jako kierowca. Bardzo ciekawe doświadczenie z jazdy terenowym samochodem.
Gdy dojechaliśmy do celu trzeba było znaleźć nocleg. Okazało się to nie takie proste. W pierwszym hostelu ciśnienie wody bylo mizerne, a tutejszy hotel jest w remoncie.  Na szczęście z hotelu skierowano nas do bardzo przytulnej kwatery z ciepłą wodą i dobrymi warunkami.
Poz zakwaterowaniu udaliśmy się na małe zakupy i spacer, a wieczorem planujemy wypad na  wulkan na zachód słońca.

1 grudnia Salar

Zaczynamy dzisiaj naszą przygodę z salarem. Na początek małe zakupy aprowizacyjne i ruszamy w drogę. Pierwszy punkt programu to cmenterzysko lokomotyw. To pustynne miejsce,  gdzie porzucone zostały zbędne już parowe lokomotywy. Ograbione z części tworzą przerażający pejzaż.  Pierwsze kilometry ukazują nam piękno tego miejsca, a równomierne kształty plastrów solnych budzą podziw. W drodze na sam srodek salaru (wyspa) kilkukrotne zatrzymujemy się na zdjecia. Krajobrazy zapierają dech w piersiach. Na drodze przydaje się kompas, gdyż nie ma tam wytyczonych dróg.  Można jechać w dowolnym kierunku,  a tylko najbardziej uczeszczane ścieżki są bardziej wyjezdzone.
Po dotarciu na wyspę urządzamy sobie mały trening i wspinamy się na jej szczyt. Trud zostaje nagrodzony wspanialymi widokami.
Ruszamy w dalszą drogę do Colcha K. W istocie jest to niewielka wioska, ale z powodu braku wody w jedynym hotelu ciężko jest znaleźć nocleg. Z ratunkiem pospiesza nam mieszkanka sąsiedniej wioski, którą wraz z siostrzeniaca zebraliśmy na stopa. Ostatecznie ladujemy na kwaterze prywatnej. Atmosfera jest bardzo sympatyczna, a odwiedzają nas również Francuzi mieszkający w tym hotelu bez wody. Korzystają z prysznicow na naszych kwaterach. Na szczęście ciepłej wody starcza dla wszystkich.

wtorek, 1 grudnia 2015

30 listopada Uyuni

Przed calodzienną wycieczką na salary chcieliśmy mieć pewność, że auto będzie sprawne. Przedpołudnie upłynęło więc na poszukiwaniu mechanika i diagnozie usterki. Gdy już znaliśmy przyczynę i wystarczyło kupić tylko w sklepie część,  okazało się że rozpoczęła się akurat sjesta obiednia. Musieliśmy poczekać ok 2 godzin na otwarcie sklepów i dopiero wtedy poszliśmy z częścią do mechanika. Sama wymiana zajęła tylko kilkanaście minut.
Pozostały nam jeszcze 2 godziny słońca i po obiadku stwierdziliśmy,  ze dajemy sobie dodatkowy czas na aklimatyzacje.