piątek, 13 lutego 2015

12 lutego Fidżi

Dziś już prawdziwy dzień leniuchowania.  Tylko plaża,  ocean ii pełen relaks. Okolica jest bardzo spokojna i plażę mamy wyłącznie dla siebie. Plycizna ciągnie się bardzo daleko w głąb oceanu i można spokojnie popływać. Trochę snoorklujac można też zobaczyc kolorowe rybki i niewielkie rafy.
Jak to określiliśmy, dzień dla duszy i ciała.




11 lutego Fidżi

Pierwszy dzień leniuchowania postanowiliśmy jednak wykorzystać bardziej aktywnie.  Atrakcją dnia była wycieczka rzeką Navoa pod wodospad. W przystani Nauva wsiedlismy do łódek typu pek-pek i nimi poplynęliśmy w górę rzeki.  Pogoda bardzo słoneczna z rana znów sprawiła nam psikusa i maly deszczyk dosięgnął na podczas rejsu. Droga w górę rzeki nie była prosta i prowadziła przez kilka progów wodnych. Ze sforsowaniem jednego z nich mały silniczek nie dał sobie rady i część osob musiała na chwilę przesiąść się do innej łódki,  aby ja odciążyć.  Cała operacja odbywała się na wodzie przy silnym nurcie. Na szczęście wszystko przebiegło pomyślnie.
Po około 40 minutach dotarliśmy do wodospadu, pod który trzeba było jeszcze podejść wąską ścieżką.  Wszyscy chętni dostali tam czas wolny na kąpiel.  Co ciekawe pod sam wodospad bardzo trudno było popłynąć,  ponieważ siła spadku wody była ogromna.  Po długiej,,wodospadowej sesji zdjęciowej ruszyliśmy w drogę do tutejszej wioski,  gdzie czekał na nas poczęstunek.
Zanim jednak zasiedlismy do jedzenia zostaliśmy przywitani ceremonią kavy i zaprezentowano nam pokaz tradycyjnych tańców. Serwowane jedzenie było wyśmienite, a mogliśmy delektować się nim podziwiając wspaniały krajobraz rzeki i lasu.
W drodze powrotenj dosiegło nas prawdziwe oberwanie chmury.  Pomimo peleryn wszystko na człowieku było mokre. Nikt jednak nie żałował wycieczki i zgodnie uznaliśmy ją za bardzo udaną.




10 lutego Apia Nadi

Dni przelotowe siłą rzeczy nie oferują wielu atrakcji. Jednak i tym razem mogliśmy doświadczyć przygód.  Niewątpliwą atrakcją był transfer na lotnisko.  Zamiast zwykłym busem,  pojechaliśmy tradycyjnym, lokalnym środkiem transportu - "wooden bus". Jest pojazd przypominający wyglądem amerykańskie autobusy szkolnl. Pozbawiony jest jednak bocznych szyb, a ławki do siedzenia to dwie proste deski. Swoje braki wyposażenia nadrabia barwnym malowaniem i zdobieniami wnętrza. 
Dwugodzinna  podróż na lotnisko upłynęła nam w bardzo radosnej atmosferze i trzeba przyznać, że musieliśmy w  tym autobusie robić wrażenia na tubylcach , bo bardzo zywiolowo reagowali na nasz widok.
  Tuż przed lotniskiem zrobiliśmy jeszcze mały przystanek przy stawie z żółwiami i nadszedł czas pożegnania z Samoa. 
Po trzygodzinnym locie i dwugodzinnej jeździe do naszego resortu ukazało nam się bardzo malownicze,  a przede wszystkim zaciszne miejsce.  Brakuje tu zgiełku typowego dla kurortów np. Meksyku,  a okalająca zieleń i zbocza gór działają bardzo relaksująco.

9 lutego Samoa

Nadszedł czas na zobaczenie stolicy.  Po sielance samoańskiej wsi miasteczko stołeczne było miłą odmianą. Życie tutaj toczy się dużo spokojniej i ludzie wydają się bardzo szczęśliwi, pomimo swojego niewysokiego statusu materialnego.  Targ różności i owocowy też nie przypominają niczym tętniących życiem arabskich suków. Tak jak na całej wyspie, tutaj również sprzedawcy emanują spokojem i nie są tak natarczywi jak w innych zakątkach świata.
Na lunch podjechaliśmy do domu naszego przewodnika. Tam czekał na nas wódz wioski i cała wielopokoleniowa rodzina przewodnika. Przywitano nas w typowym domu spotkań ceremonią kavy. Kava to lekko narkotyczny napój sporządzony z korzeni rośliny o tej samej nazwie.  Ceremonia składa się z licznych rytuałów, które kończą się skosztowaniem napoju.  Po zakończeniu przywitania wniesiono bardzo smaczne jedzenie, którego uwieńczeniem było pieczone prosie. Na koniec zrobiliśmy wspólne zdjęcie z gospodarzami,  którzy przygotowali dla nas występ artystyczny. Całe popołudnie było przepełnione autentyczną gościnnością i radością.





8 lutego Samoa

Nadszedł czas na zwiedzenie tej wyspy na końcu świata.  Jest to rzeczywiście prawdziwy koniec świata,  bo nawet komórki i tablety nie miały do wyboru obowiązującej strefy czasowej.  Nikt też nie mógł uzyskać zasięgu sieci komórkowej.
Pogoda n wyspie jest bardzo kapryśna i raz świeci słońce by za chwilę deszcz lunął z nieba z ogromną siłą.  Mimo takiej pogody wybraliśmy się na przejażdżkę po wyspie. Zaskoczyła nas ogromna liczba kościołów.  Każda, najmniejsza nawet, wioseczka ma ich kilka.  Wynika to z obecności na wyspie wielu odlamów kościołów chrześcijańskich.
Wspaniałe widoki zaprowadzily nas na plażę.  Tam wsiedlismy na łódki i poplynęliśmy na małą wysepkę Namua. Wysepka otoczona jest krystalicznie czystą wodą i niewielkimi rafami. Wypoczynek na plaży trzeba było przerwać z uwagi na zbliżający się odpływ. Dopływając do brzegu i tak trzeba było przejść spory kawałek po wodzie sięgającej kostek, a nasi sternicy musieli przepychać przez płyciznę.




7 lutego Hamilton Apia

Czas źegnać się z Nową Zelandią. Na zakończenie odwiedziliśmy miejscowość Hamilton i tam spacerowaliśmy w ogromnych ogrodach.  Całość podzielona jest na mniejsze ogrody z różnych zakątków świata.  Znajdziemy więc tam ogrody angielskie,  francuskie,  ale też japońskie, chińskie lub indyjskie. Całość zbudowana jest w formie labiryntu,  w którym bardzo łatwo się zgubić. Nam jednak udało się go bezpiecznie opuścić.  Na pożegnanie wypiliśmy ostatnią szklankę Chai Latte i zjedliśmy lody zasponsorowane przez naszego nowozelandzkiego przewodnika.
W Apii wylądowaliśmy późnym wieczorem i każdy miał nadzieję na szybki sen. Pomimo niewielkich rozmiarów wyspy do hotelu musieliśmy jechać półtorej godziny.  Zmęczeni po północy kladliśmy się spać.



piątek, 6 lutego 2015

6 lutego Rotorua

Rotorua to miasteczko położone na brzegu jeziora wulkanicznego o tej samej nazwie. W całej okolicy na każdym kroku znajdziemy liczne termiczne źródła i gezjzery.  Do najsłynniejszych należy Pohutu.  Wybucha on średnio co 20 minut, mogliśmy więc to przedstawienie oglądać w pełnej krasie. Woda wzbijająca się na kilka metrów do góry budzi zachwyt i wzbudza respekt przed siłami natury.
Wcześniej odwiedziliśmy jeszcze Waiotapu ,  gdzie spacerując pomiędzy dawnymi gejzerami i gorącymi źródłami,  po raz chyba ostatni stykaliśmy się z różnorodnością miejscowej przyrody. Odwiedzający to miejsce muszą być przygotowani na wszechobecny zapach siarki. Z czasem jednak nasze zmysły przyzwyczajają się i spoglądając na piękno form geologicznych oraz tryskające źródła zapominamy o nim.

W Rotorua byliśmy również odwiedzić ptaszka kiwi.  W naturze bardzo ciężko go zobaczyć,  ponieważ aktywny jest tylko w nocy,  a w dzień śpi.  Dlatego właśnie zbudowano specjalne kiwiaria, gdzie kiwi mają zamienione pory dnia i dzięki temu istnieje możliwość obserwowania ich na żywo.  Niestety poprzedzająca nas wycieczka azjatycka,  swoim hałasem,  skutecznie wystraszyła ptaszka i nue było szans go zobaczyć. 






czwartek, 5 lutego 2015

5 lutego Waitomi

Z Auckland ruszyliśmy w dalszą drogę do miejscowości Rotorua. Jednak to co innego było punktem kulminacyjnym dzisiejszego dnia.  Z dużym ożywieniem i pełni niecierpliwości jechaliśmy do słynnych jaskiń Waitomi.  Nasze oczekiwania zostały spełnione całkowicie.  Sama jaskinia i liczne w niej formy geologiczne nie są nietypowe.  Jej sekretem są małe stworzenia generujące światło podczas trawienia pokarmu.  Zawieszone na sklepieniu jaskini,  w pełnym mroku, budują atmosferę rozgwieźdźonego nieba.  Widok jest tak niesamowity,  ze na łódce płynącej w pełnej ciemności panowała kompletna cisza. 
Niestety w jaskini nie wolno fotografować i jedyne co możemy z niej zabrać to nasze wspomnienia.
Na koniec dnia w Rotorua odwiedziliśmy nabrzeźe jeziora,  piękny kościółek i park gubernatora,  w którym bije źródło geotermalne o temperaturze wody 98 stopni. Źródło to zasila miejscowe termy, z których słynie miasteczko.  Wieczorem każdy chętny mógł udać się na regenerującą kąpiel.





4 lutego Auckland

Auckland jest miastem położonym pomiędzy oceanem a Morzem Tasmańskim. Obejmuje ono bardzo dużą powierzchnię,  a odległości od centrum do najbardziej wysuniętych krańców przekraczają 50 km. Znajdziemy więc w centrum biurowce i zabudowę charakterystyczną dla wielkich metropolii,  ale już kilka kilometrów dalej znajdują się osiedla domków jednorodzinnych otoczonych zielonymi ogrodami.
Ponieważ Auckland powstało z połączenia wielu okolicznych miasteczek w jego granicach znajdują się bujne lasy z roślinnością charakterystyczną dla lasów deszczowych, jak również słynna plaża PIha z Lwią Skalą i kolonia głuptaków.
Przez cały dzień towarzyszył nam deszcz, więc ostatecznie zrezygnowaliśmy z wjazdu na wieźę widokową i rejsu z dzielnicy Devenport do centrum. Zamiast tego punktu programu udaliśmy się na degustację nowozelandzkiego wina.




3 lutego Dunedin

Dzisiejszy dzień był typowym dniem transferowym. Przejechaliśmy do miejscowości Dunedin i stamtąd polecieliśmy do Auckland. Na trasie jedynym wartym obejrzenia obiektem był pięknie zdobiony dworzec kolejowy w Dunedin.


poniedziałek, 2 lutego 2015

2 lutego Milford Sound

Dzisiejszy dzień upłynął pod znakiem wody. Przez cały czas z nieba padał deszcz,  który raz był mocniejszy,  a raz słabszy.  Obfite opady przyczyniły się jednak do większej aktywności wodospadów,  ktora tworzyly się na okalających drogę wzgórzach.  Tworzyły one niesamowity widok zabarwiony nutką tajemniczości na skutek licznie unoszącej się pary wodnej,  która fragmentami przysłaniała szczyty.
Po kilku malowniczych postojach dotarliśmy do celu, czyli fiordu Milford Sound i po zaokrętowaniu na katamaran rozpoczęliśmy rejs.  Pionowe ściany fiordu porośnięte były drzewami, w których ku naszemu zdziwieniu mieszkają jelenie.  Deszcz sprawił, że większość zwierząt skryła się i nie było szansy dostrzec nowozelandzkich pingwinów. Jedynie foki skulone wylegiwały się na skale. 
Na koniec rejsu mały prysznic sprawił nam wiatr i wodospad,  pod którym przeplywaliśmy. Wszystkie osoby na otwartym pokładzie zostały całkowicie zmoczone. Pomimo deszczu widoki były przepiękne i nawet mały prysznic nie popsuł nikomu dobrego humoru.





niedziela, 1 lutego 2015

1 lutego Arrowtown Queenstown

Po dlugiej autokarowej przejaźdźce nadszedł nieco lużniejszy dzień.  Pierwszy nasz przystanek to miasteczko Arrowtown,  które powstało podczas XIX w gorączki złota.  Swoją architekturą przypomina scenerię westernu, a jego częścią jest również dawna chińska osada.  Składają się na nią niewielkie chatki sklecone na szybko z kamieni.  Nie jest typowe Chinatown jakie znamy z USA.
Obok Arrowtown znajduje się most, na którym zostal oddany pierwszy skok bungee.  Jego wysokość i architektura budzą cały czas podziw. Na naszych oczach wielu śmiałków oddawało skoki. Niektórzy decydowali się aby podczas skoku głową lądować w wodzie.  Na dole na śmiałków czekał ponton,  w którym odpinano uprząż i transportowano smiałka na brzeg.
Po tych ekstremalnych doznaniach wróciliśmy do Queenstown i zrobiliśmy sobie mały spacer nad jeziorem. Pogoda raz po raz raczyla nas drobniutkim deszczem, co nie przeszkodziło nam w docenieniu piekna krajobrazu i parku z drzewami z całego świata.