Ostatni dzień w Australii to wycieczka do Kuraandy. Jest to dawna górnicza osada, a obecnie punkt wypadowy do lasów deszczowych. My jednak rozpoczęliśmy dzien od wizyty w małym zoo, w którym czekały na nas diabły tasmanskie, dingo, krokodyle, a takze skaczące wokół naszych nog wszedobylskie kangury. Największą atrakcją były jednak misie koala, ktore leniwie spoglądały na nas z gałęzi eukaliptusowych. Chetni mogli wykonać sobie pamiątkowe zdjęcie z koala trzymanym na rękach.
Kolejną atrakcją był przejazd amfibią po lesie deszczowym i jeziorku. Z bliska widzieliśmy tam niesamowite rośliny i liczne gady oraz płazy. Na koniec wizyty w zoo-parku mieliśmy okazję na samodzielne poznanie techniki rzutu bumerangiem oraz na obejrzenie pokazu tańców aborygeńskich.
Z zoo pojechaliśmy już do pobliskiej Kuraandy. Jest to malutkie miasteczko nastawione na turystów. Stanowi jednak punkt końcowy kolejki jeżdżącej na trasie Cairns-Kuraanda i to dla tej kolejki warto odwiedzić to miejsce.
Trasa kolejki wiedzie przez góry i las deszczowy, oferując podróżnym wspaniale widoki. Do najpiękniejszych trzeba zaliczyć wodospady Barron. 10 minutowy postój byl zdecydowanie za krótki, aby w pełni napawać się pięknem tego miejsca. Cała podróż trwa niecałe dwie godziny, ale upływa bardzo szybko, dzięki cudownym krajobrazom.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz