Miał to być zwykły, spokojny dzień, ale jak zwykle na każdej trasie przytrafiają się niespodzianki. Tym razem trasa 250 km do miasta Awasa zamieniła się 450 km wycieczkę odjazdem. Ale po kolei. Zadowoleni jechaliśmy od rana i właściwie do celu zostało nam tylko 40 km. Wtedy wjechaliśmy do małego miasteczka i tu miała miejsca pierwsza przygoda. Jakiś chory psychicznie człowiek biegnąc nago rzucił w naszą stronę małym kamieniem. Pierwszy z nich wylądował przed naszym autem, a drugi na naszym zderzaku. Nie było to groźne, lecz bez zatrzymania odjechaliśmy. Po kilku kilometrach nasi kierowcy otrzymali informacje o zamkniętej drodze w jednej z miejscowości na naszej trasie. Okazało się, że protestują tam studenci. Po krótkiej naradzie i konsultacjach z kierowcami jadacymi z przeciwka, postanowiliśmy zmienić trasę i nadrabiajac 200 km pojechać objazdem. Gdy przejeżdżalismy ponownie przez tą miejscowość, znów napotkaliśmy tego samego człowieka. Tym razem zatrzymał inny samochód naszej grupy i grupy podazajacej w tym samym kierunku. Na szczęście przejeżdżał obok patrol policji i szybko zatrzymali tego człowieka. My zaś rozpoczęliśmy długi objazd.
W ramach urozmaicenia tej drugiej podróży zatrzymaliśmy się w siedzibie rastafarian. Ich przełożony długo opowiadał o sprawach duchowych, ale samo miejsce sprawiało wrażenie twórczego nieładu, a nie miejsca kultu. Obrazu dopelniali młodzi i starzy mężczyźni sprawiajacy wrażenie spożycia nielegalnych substancji.
Tuż przed zachodem słońca dotarliśmy szczęśliwie do hotelu.
poniedziałek, 15 lutego 2016
15 lutego Awasa
niedziela, 14 lutego 2016
13 lutego Jinka
Dziś kolejny raczej spokojny dzień. Można tak go nazwać nawet pomimo upałów przekraczających grubo 30 stopni i dosyć długiej podróży po szutrowych drogach. Wszystko to dzielnie znieslismy aby zobaczyć praktycznie ostatnie plemię w ich naturalnych warunkach. Przy okazji jest to chyba najbardziej rozpoznawalne plemię Etiopii - Mursi. Wszystko dzięki nietypowemu zdobieniu ciała poprzez nacinanie warg i umieszczaniu w nich dużych okrągłych krążków. Większość kobiet nie nosi ich przez cały czas i wtedy zwisajaca warga wygląda lekko przerażająco. Najbardziej ciekawe nas były maluchy, które pokazywały sobie różne elementy naszej garderoby i ozdób, takich jak pomalowane paznokcie lub farbowane włosy. Syci wrażeń wróciliśmy do naszego hoteliku i na swoiste podsumowanie odwiedziliśmy pobliskie muzeum, gdzie jeszcze raz zobaczyliśmy przedmioty z różnych plemion.
12 lutego Jinka
Dziś mieliśmy bardziej spokojny dzień. S, piaszczystymi i szutrowymi ścieżkami dotarliśmy do wioski plemienia Karo. Jest ona położona bardzo malowniczo, bo na urwisku skalnym nad dużym zakrętem rzeki Omo. W porannym świetle widok był przepiękny, a po horyzont rozpościerała się panorama na zieloną sawannę. Sama wioska, jak to u plemion wędrownych, niczym specjalnym się nie wyróżnia. Przepięknie za to jej mieszkańcy zdobią sobie ciało, tworząc na nich prawdziwe arcydzieła.
Prawdziwym utrapieniem była dzisiaj temperatura. W południe nasz samochodowy termometr pokazywał 42 stopnie. Dało się to naprawdę odczuć, a wytrzymać dłuższą chwilę na samym słońcu nie było sposób.
14 lutego Arba Minch
I znów zatoczylismy małe kółko i jesteśmy w Arba Minch. Dzisiaj nastąpiło pożegnanie z plemionami południa, a jako ostatnie odwiedziliśmy Ari. Jest to najliczniejsza grupa, a zarazem najbardziej ucywilizowana. Korzystają z oferowanej im oferty edukacyjnej i nie można już wśród nich spotkać osób ubranych inaczej niż w nasze europejskie t-shirty. Niemniej po raz ostatni spojrzelismy i zdegustowalismy ynjery i lokalnego trunku.
Po tej milej wizycie nadszedł czas na drogę powrotną do Arba Minch. Wiodła ona zarówno kawałkami szutrowymi, jak i asfaltowymi. Obie miały kilka wspólnych mianowników:dziury i krowy z kozami, przez które nasza jazda bardziej przypominała slalom oraz piękne widoki gór oraz wyżyn, które rozpościerały się aż po horyzont. Pełne były one wspaniałych barw i kształtów oraz stanowiły rekompensatę za niedogodności drogi.
Teraz relaksujemy się na tarasie naszego hotelu.
11 lutego Turmi
Za nami bardzo długi i wyczerpujący dzień. Rozpoczęliśmy go ze świtem, a naszym pierwszym przystankiem był wąwóz zwany "New York". W pięknym porannym słońcu jego czerwony kolor sprawiał wrażenie obcowania z rzeczywistością innej planety. Było to jedynie preludium do wizyty w wiosce plemienia Konso. Swoje osady budowali oni z kamieni na szczytach wzgórz i dodatkowo ogradzali wioskę kamiennym murem z 3 drewnianymi bramami. Wszystko to z obawy przed innymi plemionami i zwierzętami. Wraz z rozrostem kolejne domy powstawały poniżej muru i były ogradzane kolejnym murem. W ten sposób osady rozbudowywaly się w dół wzgórza i posiadały kilka kręgów budynków. Ponieważ taką wioskę zamieszkiwali członkowie wielu klanów co 18 lat w demokratycznych wyborach wybierany jest szef wioski. Jak widać demokracja kwitnie tutaj już od setek lat.
Po lunchu ruszyliśmy w długi przejazd, który jak zwykle urozmaicany był przez bydło, kozy i inne zwierzęta, które co chwilę pojawiały się na drodze. Naszym celem był lokalny targ. Ponieważ jak dotarliśmy było juz późne popołudnie, handel chylił się ku końcowi. Niemniej mieliśmy okazję zobaczyć całe bogactwo strojów i rysów okolicznych plemion. Ponieważ był to targ codzienny, przeważały na nim produkty rolne i sprzęty niezbędne w domu. Niektórzy po owocnym handlu raczyli się alkoholem.
Ostatnim punktem programu była wizyta u Hamerrow. Dotarliśmy tam tuż przed zachodem słońca u ten moment wydobył niesamowitą barwę ziemi, która w połączeniu z drewnianymi chatkami dawała ciekawy klimat. To pasterskie plemie żyje w skromnych wioseczkach, gdzie domy nie są trwałe z uwagi na częste przeprowadzki. Ludzie z tej grupy charakteryzują się pięknym wyglądem. Nawet osoby starsze mają w zmarszczkach jakieś ukryte piękno. Magię tego miejsca burzy jednak konieczność płacenia za każde zdjęcie.
środa, 10 lutego 2016
10 lutego Arba Minch
Dzisiejsza pogoda przywitała nas bardzo słoneczną i upalną pogodą. Przez większość dnia temperatura przekraczała 30 stopni. Momentami było to bardzo uciążliwe.
Z rana odwiedziliśmy wioskę plemienia Dorze. Charakterystyczne są dla nich ich domy przypominające kształtem głowę słonia. Same budynki są bardzo trwałe, choć zbudowane tylko z bambusa i liści i mogą przetrwać nawet 100 lat. Co ciekawe są one cały czas podgryzane przez terminy i z upływem czasu maleją. Zmusza to budowniczych do regularnego powiększania drzwi. Z uwagi na dużą wysokość Dorze nie mogą uprawiać typowego zboża tef. Stąd typowa dla innych rejonów ynjera stanowi dla nich potrawę świąteczną. Na codzień spożywają oni placki przygotowane z rośliny zwanej fałszywym bananowcem. Z resztą roślina ta stanowi dla nich źródło przeróżnych substancji i wykorzystywana jest na wielu płaszczyznach. Liście stanowią doskonały budulec na dach, jak również nadają się na talerze lub papier do owijania. Z pnia wyrabia się substancję na placki oraz włókna na sznury i struny. Korzenie również przygotowywane są do spożycia, a ich część do rozpoczęcia nowej plantacji.
Nasz pobyt zakończyliśmy degustacją placka i alkoholu wyrabianego na bazie imbiru, anyżu, goździków i kilku innych przypraw. Po krótkiej sesji fotograficznej i zakupowej wyjechaliśmy w kierunku miasta na lunch.
Drugą atrakcją dzisiejszego dnia był rejs po jeziorze Chamo. W przybrzeżnych sitowiach wypatrywalismy pelikanów, czapl, hipopotamow, krokodyli. Nad nami zaś krążyły bieliki afrykańskie, które od czasu do czasu nurkowały błyskawicznie by złapać rybę. Krokodyli było bardzo dużo, a to z uwagi na podnoszący się poziom wody i zalanie ich niektórych siedlisk. Również bez trudu wypatrywalismy hipcie, które majestatycznie pływały w wodzie. Szczęśliwi z ilości napotkanych zwierząt wróciliśmy do naszej przystani.
wtorek, 9 lutego 2016
9 lutego droga do Arba Minch
Wraz z rozpoczęciem o poranku drugiej pętli zmieniamy środek transportu. Od dziś będziemy podróżować w cztery osoby terenowymi Toyotami Land Cruiser. Dziś przebyliśmy 500 km i obserwowaliśmy całkiem inny krajobraz. Wioski są bardziej uporządkowane, a domki mają piękny okrągły kształt z dużym stożkowatym dachem. Nocują w nim wspólnie ludzie i zwierzęta, a w dzień jedno wielkie pomieszczenie zamienia się w kuchnię. Mimo tych niewygód ludzie byli tam bardzo radośni. Na swoje potrzeby stworzyli małą wspólnotę, która zbiera fundusze na rozpoczęcie małego rolniczego biznesu.
Dalsza droga przebiegła spokojnie i delektowaliśmy się widokami gór i jeziora, które powstało w przebiegajacym tu Wielkim Rowie Afrykańskim.
poniedziałek, 8 lutego 2016
8 lutego ponownie w Addis Abeba
Pierwsze kółko zostało domknięte i po tygodniu znów jesteśmy w stolicy. Po porannym locie mieliśmy jeszcze kilka godzin na poznanie innej strony miasta.
Wizyta w muzeum etnigraficznym dała nam naukową bazę na następne dni, a ponieważ mieści się w dawnej siedzibie cesarza Heile Selasie mogliśmy zajrzeć do dawnych jego komnat. Co ciekawe jego łóżko było niezwykle krótkie i jestem przekonana, że nawet dla mnie mogłoby się okazać za krótkie. Drugim wartym wspomnienia pomieszczeniem była łazienka cesarza. Wyposażona jak na owe czasy bardzo nowocześnie, musiała kontrastować z ubóstwem, głodem i trudnościami w dostępie do wody pozostałych obywateli. Przepych dworski był jedną z przyczyn jego upadku.
Drugim punktem programu był przejazd przez największy w Afryce targ. Znajdziemy tu wszystko, począwszy od starych materiałów do recyklingu, aż po nowe dywany, meble i elektronikę. Panuje tutaj ogromny gwar, tak charakterystyczny dla arabskich suków. Może jednak to nie dziwić, skoro większość sprzedających stanowią etiopscy muzułmanie. W tym zgiełku znajdziemy jednak porządek, ponieważ każda alejka ma swoją tematykę i sprzedawcy z tym samym asortymentem znajdują się blisko siebie.
Jutro rozpoczynamy drugie kółko na naszej wyprawie. Tym razem po południowych terenach. Na początek mamy do przejechania 500 km.
niedziela, 7 lutego 2016
7 lutego Bahir Dar
Parafrazując pewien program dla dzieci można powiedzieć, że sponsorem dzisiejszego dnia jest woda. Rano wsiedlismy na łódkę i przez jezioro Tana doplynelismy do półwyspu, gdzie znajduje się stary klasztor. Droga do niego wiedzie po kamiennej ścieżce pośród lasu. Sam klasztor składa się z licznych okrągłych domków dla zakonników i centralnie położonego kościoła. Z zewnątrz wygląda on niepozornie, ponieważ zbudowany jest z gliny zmieszanej ze sfermentowanym zbożem i tylko niewielka część to elementy drewniane i skały. Wnętrze zadziwia zato bogactwem kolorów malowideł, które znajdują się dosłownie wszędzie. Według zapewnień większość malunkow jest oryginalna, a tylko dolna część musiała być rekonstruowana. Na ich bardzo dobry stan ma wpływ podobno dym z kadzidła, a same rysunki wykonane są w technice malowanego baqelnianego płótna, naklejanego później na ścianę.
W drodze powrotnej na łódkę nie mogliśmy opedzic się od handlarzy. Są oni dość natarczywi, a w dodatku dość często wysyłają dzieci do zaczepiania turystów.
Gdy wróciliśmy do miasta przed dalszą drogą posililismy się w restauracji z pięknym widokiem na jezioro Tana. Nasz stolik zlokalizowany był pod pięknym i ogromnym drzewem, co zaowocowało kilkoma ptasimi niespodziankami.
Druga część dnia to wyprawa nad wodospad Błękitnego Nilu. Do tej atrakcji prowadzi 30 km szutrowa droga. Jadąc nią mijamy szereg wiosek, w których bieda jest aż nazbyt widoczna. Od bramy wejściowej na wodospady do celu prowadzi nas jeszcze mała przeprawa przez rzekę i 20 minutowy spacer. O tej porze roku wodospad nie jest imponujący, ale i tak budzi zachwyt, a para wodna z niego lecąca pozwala na odrobinę ochlody w ten upalny dzień.
Na samych przedmieściach zatrzymaliśmy się na chwilę przy jednej chatce aby zibaczyć ceremonię wypieku ynjery, czyli placka będącego podstawowym pokarmem Etiopczyków i to niezależnie od statusu materialnego. Placki te wyrabia się bardzo podobnie do naszych placków, a slużą do tego specjalne okragłe duże blachy.Po wypieczeniu placek ma charakterystyczny zielony kolor, a ocena smaku zależy od indywidualnych gustów.
sobota, 6 lutego 2016
6 lutego Siemen
Dzisiaj przemierzylismy naszym busikiem 380 km. Droga nie byla nawet zła, ale i tak wszyscy byli trochę wymeczeni. Na trasie mieliśmy dwa przystanki. Pierwszy był dłuższy, bo na godzinny spacer w parku narodowym Siemen. Widoki, jak to w górach, były piękne. Największe wrażenie zrobiło jednak stado jelad, wśród których mogliśmy swobodnie spacerować. Jelady to pewien gatunek pawianow, który charakteryzuje się na piersi czerwonym znamieniem w kształcie serca. Stąd ich potoczna nazwa, pawiany o krwawiacym sercu. Przez cały czas towarzyszyło nam dwóch panów z karabinami w formie eskorty. Miało to jednak bardziej komiczny charakter, bo zagrożeń nie ma tam żadnych, a karabiny wyglądały na bardzo wiekowe i zapewne nie miały amunicji. No cóż taki sposób miejscowych na dorobienie, a odmówić eskorty nie można.
Drugi przystanek był dużo krótszy. Stanęliśmy przy wiosce felaszy,, czyli etiopskich Żydów. Sama wioska jest bardzo biedna, a synagoga zaniedbana i niewykorzystywana. Wynika to z tego, że sporą grupę felaszy już lata temu ewakuowal Izrael, a ci co pozostali bardziej czują się etiopczykami i powoli przestają kultywowac tradycję przodków.
5 lutego Gondar
Szybko zmieniamy miasta na naszej trasie. Spora w tym zasługa samolotów, którymi się przemieszczamy.
Dziś dotarliśmy do przedostatniej stolicy Gondar.
Najważniejszym zabytkiem jest kompleks pałacowy. Obecnie składa się on z 7 pałaców i kilkunastu dodatkowych budynków. Całość powstawała na przestrzeni 4 pokoleń władców. Największe wrażenie budzi stopień zachowania budynków, dzięki czemu możemy dzisiaj w bardzo łatwy sposób przenieść się w czasy tych kamiennych budowli. Co ciekawe największe szkody kompleksowi zadali Brytyjczycy podczas II Wojny Światowej, bombardujac całe miasto.
Równie ciekawy jest mały kościółek św. trójcy na górze światła. Posiada on niecodzienne zdobienia ścian i sufitu, które polega na przyklejaniu wcześniej przygotowanych na płótnie rysunków. Z daleka nie jesteśmy w stanie tego nawet dostrzec.
Ostatnim naszym przystankiem było baptysterium. Ma ono rozmiary kilku basenów olimpijskich, a na samym środku znajduje się mały pałacyk, z którego korzystali władcy w ramach swojego odpoczynku. Co ciekawe mury basenu oplecione są przez korzenie drzew. Jest to niesamowity widok, który przywołuje wrażenia z Ankor Wat. Baptysterium jest nadal wykorzystywane, a najważniejszym świętem jest Objawienie Pańskie. Wtedy to kapłani świecą wodę w basenie, a smialkowie chcący otrzymać błogosławieństwo skaczą do wody z pobliskich drzew.
czwartek, 4 lutego 2016
4 lutego Aksum
Wczesnym rankiem dotarliśmy samolotem do Aksum. Sama podróż jest niezwykle krótka, bo trwa zaledwie 25 minut. Aksum to naswietsze miasto dla Etiopczykow z uwagi na przechowywana tu Arke Przymierza. Tak przynajmniej wierzą. Zobaczyć ją może zaledwie jeden człowiek-strażnik Arki. Pozostałym pozostaje wiara.
Z ciekawszych miejsc w Aksum można zobaczyć park stelli. Są to wysokie i smukłe obeliski stawiane jako znaczniki grobów, które się pod nimi rozciągają. Najstarsze stelle są niewielkie, ale wraz ze wzrostem umiejętności artystów i budowniczych, stawały się one coraz wyższe i bardziej ozdobne.
Podobny charakter do stell ma pałac króla Kaleba, ale nie został on tam ostatecznie pochowany, ale już zgodnie z chrześcijańską tradycją w kościele.
Na sam koniec odwiedziliśmy, a właściwie obejrzeliśmy z bliska niewielki kościółek, gdzie ma być przechowywana arka. Nie wyróżnia się on z zewnątrz niczym specjalnym, a właściwie jest nawet trochę przytloczony przez sąsiadujący, olbrzymi, nowoczesny kościół. Wracając do hotelu zajechalismy jeszcze pod ruiny pałacu królowej Saby. Do teraz zachowały się wyłącznie niewielkiej wysokości mury, dzięki którym doskonale widać rozkład pomieszczeń.
środa, 3 lutego 2016
3 lutego Lalibela
Można powiedzieć, że zwiedzanie Etiopii zaczęliśmy z wielkiego C. Wczoraj widzieliśmy jeden z największych skarbów kraju, czyli Lucy, a gdzieś drugi - skalne kościoły. Nie na darmo zostały one wpisane na listę UNESCO. Widok kilkunasto metrowych budowli wydrazonych wglab w skale budzi respekt. Znajduje się tutaj kilkanaście kościołów. Jedne są niewielkie, na kilka osób, a największe osiągają imponujące rozmiary i swobodnie zmieści się w nich nawet kilkaset osób. Każdy z nich jest bogato zdobiony i to zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz.
Wszystkie razem kościoły tworzą niesamowitą sieć, która połączona jest tunelami, wawozami i schodami. Na naszej trasie pokonywalismy ciasne, ciemne tunele i strome schodki ułożone z głazów.
Największe wrażenie robi jednak kościółek św. Jerzego. Nie ma on wewnątrz imponujących rozmiarów, ale widok z góry na tą konstrukcję w kształcie rownoramiennego krzyża zapiera dech w piersiach.
Na zakończenie naszego zwiedzania zostaliśmy zaproszeni na kawę do lokalnej kawiarenki. Trzeba przyznać, że nawet ja, która nie pijam kawy, z przyjemnością jej skosztowalam. W końcu być w kolebce kawy i jej nie spróbować, to byłby grzech.
Wieczorem mamy jeszcze degustacje lokalnego trunku tej, a rano znów czeka nas lot. Tym razem do Axum.
wtorek, 2 lutego 2016
2 lutego Addis Abeba
Pierwsze spotkanie z Etiopią rozpoczynamy od stolicy. O poranku ruszyliśmy na największe wzgórze, gdzie znajduje się stary pałac władcy, który założył to miasto i ustanowił je stolicą. Pałac odbiega jednak od naszych wyobrażeń o tego typu budowlach. Składa się na niego szereg drewnianych pawilonów, które pozbawione są zewnętrznych dekoracji. Z zewnątrz nic nie świadczy o tym, że mieszkał tu wytworny władca. Zjeżdżając mijamy kobiety i osly objuczone naręczami drewna. Niewiarygodne jak one mogą unieść tak szerokie i ciężkie pakunki.
Nadszedł czas na kluczowy punkt dnia, czyli wizytę w muzeum narodowym, a tak naprawdę y naszej praprzodkini Lucy. Niestety obecnie wystawiona jest tam tylko kopia, a oryginał pokazywany jest niezwykle rzadko. Niemniej widok szkieletu osoby sprzed kilku milionów lat robi ogromne wrażenie. Tym bardziej, że do niedawna były to najstarsze odkryte szczątki praprzodkow ludzi.
Po szybkim lunchu odwiedziliśmy dwie świątynie ortodoksyjnego kościoła etiopskiego. Z jednej strony miesza się w nim pewien mistycyzm z muzyką i ceremonialnoscia. Z drugiej strony obie świątynie były zupełnie różne i w wielu aspektach pełne nieladu. Również ich architektura była zupełnie różna. Starszy św. Jerzego był bardzo podobny do cerkwi lub świątyni grekokatolickiej, natomiast nowsza katedra św. Trójcy bardziej przypomina katolickie bazyliki. Z tymi swiatyniami będziemy jeszcze obcować na północy i pewnie lepiej odczujemy tam ich ducha
1 lutego. Lot do. Addis Adeby
Dla samolotu odległość z Polski do Etiopii wydaje się niewielka. Można ją pokonać spokojnie w 5-6 godzin. Nam zajęło to trochę dłużej z uwagi na przesiadke we Frankfurcie i postój w Jeddah. Na szczęście samolot był bardzo komfortowy, a repertuar filmów bogaty. Do hotelu po bardzo długim oczekiwaniu na wizy, co dla tutejszej biurokracji jest normalne, dotarliśmy bardzo późnym wieczorem.