piątek, 15 września 2017

14 września Calgary

Pod sam koniec naszej wyprawy dojechaliśmy do miejsca upamiętniającego dawne sposoby Indian na pozyskanie mięsa, skór i innych elementów z bizonów. Przewaga bizona jest w masie i szybkości musiała być zniwelowana przez spryt. Wykorzystując obserwacje natury i instynktowne reakcje bizonów udało im się wypracować skuteczną technikę. Polegała ona na zbudowaniu z traw i krzewów korytarza. Następnie osoby przebrane w skóry wilka wzbudzały niepokój wśród zwierząt. Reagując instyktownie, bizony starały się odejść jak najdalej, chroniąc młode. Z kolei inni Indianie przebrani w skóry bizonów, starali się udawać młode i naprowadzać stado na klif. Stado popędzane z jednej strony przez 'wilki', a z drugiej uciekające 'młode' napędzały bizony do szybkiego biegu. Ponieważ nie bizony mają słaby wzrok, nie były w stanie dostrzec przepaści na czas i z rozpędem spadały w urwisko. Tym sposobem Indianie zapewniali sobie niezbędne jedzenie i materiały na okres zimowy.

Czas już kończyć naszą podróż. Wracamy do Calgary. Można powiedzieć, że na stare śmieci. Zakątki głównego miasta wydają się znajome. Pogoda jest tylko znacznie gorsza i w niczym nie przypomina upałów panujących tutaj przed trzema tygodniami.

13 września Glacier Park

Szalejące w okolicy pożary zmusiły nas do sporej zmiany planów. Główna droga Sun Paradise Rd w parku Glacier została w połowie zamknięta. To właśnie nią mieliśmy przemierzyć park i podziwiać przepiękne krajobrazy. Niestety nie było nam to dane. Postanowiliśmy jednak nie odpuszczać w całości parku, a nadrabiając drogi objechać go od południa. W ten sposób nadrobiliśmy ok 40 mil. Co więcej z bramy wschodniej musieliśmy cofnąć się na przełęcz Logana i ponownie pokonać tą trasę w drodze powrotnej. Większość nieba pełna była dymu, który trochę przytłumiał kolory. Od czasu do czasu słoneczku udawało się przebić i właśnie w tych momentach tworzyło ciekawy spektakl kolorów. W drodze na nocleg zatrzymaliśmy się jeszcze nad jeziorem. Udało się nam zrobić krótki spacer. W pamięci pozostaną z niego wspaniałe zapachy lasu iglastego. Aż żal, że aparat nie był w stanie ich zarejestrować. Pożary zmusiły nas też do zmiany miejsca noclegu. Na szczęście udało się znaleźć nocleg w Fort Macload i tam spędziliśmy ostatni nocleg przed powrotem do Calgary.

środa, 13 września 2017

12 września Kalispell

Pogoda zaczyna nam dopisywać. Poranek u bram parku Rainiera przywitał nas błękitem nieba. Lodowce Mt. Rainier przepięknie się z nim komponowały. Wprost nie mogliśmy się powstrzymać od robienia zdjęć przy każdej okazji. Zachodnie zbocza porośnięte są bujnym lasem iglastym, a jego zapach wręcz oszałamia. Pomimo napiętego planu, znaleźliśmy chwilę na spacer i kontemplację widoków. Feria barw od żółtego przez czerwony, zieleń aż do błękitu i bieli zachęcała do dłuższego pobytu. Niestety długa podróż przed nami i czas ruszać. Na pożegnanie pojawił się nam na szczycie pagórka świstak i bacznie nas obserwował. Nie uznał chyba nas za zagrożenie, bo po chwili spokojnie odszedł w swoją stronę.
Wschodnie stoki Mt. Rainier są bardziej surowe, a roślinność uboższa. Takie różnice wynikają z oddziaływania góry i wytworzenia własnego mikroklimatu. Już będąc w parku dostaliśmy informacje o pożarach. Wyjeżdżając z parku zobaczyliśmy już pierwsze ich oznaki w postaci poświaty dymu na horyzoncie. Krajobraz też lekko się zmienił na bardziej płaski. Coraz częściej spotykaliśmy osady ludzkie, sady, pola uprawne i inne przejawy działalności gospodarczej człowieka. Zdecydowanie też mniej kolorów. Dominują beże i brązy niewysokich traw, krzaków i roślin uprawnych. Co jakiś czas na polach widoczne są wielkie konstrukcje do nawadniania, których rozpiętość sięga nawet do 30m. Bezkres tych terenów podkreśla prosta, jak o linijki autostrada.
Kilometry mijały, ale cały czas sporo dystansu mieliśmy do pokonania. Wystarczy uzmysłowić sobie, że zaczynaliśmy dzień na zachodnim brzegu stanu Waszyngton, potem przejeżdżaliśmy przez część Idaho, by wieczorem dojechać do Montany. Na miejsce dotarliśmy późnym wieczorem, a swoje dołożyła niekorzystna zmiana strefy czasowej. Na końcówce trasy mieliśmy widok na wzgórza ogarnięte pożarami. Czerwoną łunę było widać z dużej odległości. Pożar może pokrzyżować nam jutrzejsze plany, bo cześć dróg jest zamknięta. Dopiero rano poznamy aktualny stan. Życie w miasteczku toczy się spokojnie. Dla wszystkich to normalna sytuacja.

wtorek, 12 września 2017

10 września Vancouver

Z każdym kilometrem jesteśmy coraz bliżej cywilizacji. Na drodze widać coraz więcej samochodów, a sama droga zmieniła się w trzypasmową autostradę.
Krajobrazy też już znacznie odbiegają od tych z poprzednich dni. Miejsc do zatrzymania też już niewiele, ale jedno z nich było niecodzienne. To punkt, w którym łączą się rzeki Thompsona i Frasera. Bardzo dokładnie widać tam nurty obu rzek, gdyż każda ma inny kolor, które pięknie mieszają się ze sobą.
Vancouver już od wjazdu sprawia przyjemne wrażenie, a szczególnie możemy pozazdrościć ogromnego terenu zielonego, jakim jest park Stanleya. Pięknie przygotowane ścieżki rowerowe i rekreacyjne zachęcają do aktywnego spędzania wolnego czasu. Park jest pięknie usytuowany na półwyspie, a z jego brzegów rozpościera się cudowny widok na panoramę miasta. Tuż obok parku znajduje się historyczne centrum. Stare uliczki ozdobione są dużą ilością zieleni. Tuż za rogiem wybija się nowoczesność ze swoimi wieżowcami i szklano-metalową architekturą. Jest to kontrast, ale uzupełniający się w harmonijny sposób ze starszą częścią miasta. Ciekawostką Gastown jest zegar parowy. Co piętnaście minut swoimi gwizdkami daje znać o aktualnej godzinie.

Na zakończenie krótkiego spaceru po mieście podjechaliśmy pod znicz olimpijski. Podświetlony na niebiesko wygląda majestatycznie i przypomna o niedawnej zimowej olimpiadzie. Trzeba przyznać, że miasto bardzo rozsądnie wydało pieniądze na organizację imprezy, a infrastruktura która powstała przy tej okazji, nadal służy mieszkańcom. Na pożegnanie z miastem w świetle zachodzącego słońca wykonaliśmy ostatnie zdjęcie grupowe na tle stadionu i budynków po wystawie Expo. Od jutra pozostajemy w połowicznym składzie. Cześć uczestników wycieczki jutro wieczorem odlatuje już do kraju.

11 września Seattle

Do granicy amerykańskiej z Vancouver jest bardzo blisko. To bardzo uczęszczane przejście graniczne  i stąd otwarte było kilka bramek. Niestetyśmy na wybranej bramce na wyjątkowego służbistę. Bardzo szczegółowo przepytywał nas o wszystkie przewożone pamiątki i to nawet najdrobniejsze. Na szczęście po dłuższej rozmowie i wymienieniu wszystkich t-shirtów, kubków i figurek jakie zakupiliśmy zostaliśmy wpuszczeni na terytorium USA. Dobrze, że to nasza przedostatnia granica. Na zakończenie musimy już tylko wrócić do Kanady przedostatniego dnia.
Nie spodziewaliśmy się, że w naszym kolejnym punkcie programu zastaniemy tak wysoki poziom obostrzeń. Fabryka Boeinga okazała się twierdzą, do której nie można wnieść telefonów ani torebek czy saszetek. Warto jednak przejść te procedury i niedogodności, bo ujrzenie procesu powstawania samolotu na żywo jest tego warte. W ramach trasy wycieczkowej oglądaliśmy dwie potężne hale, w których powstają 747, 777 i najnowocześniejsze 787 Dreamliner. Cześć samolotów była w początkowej fazie produkcji, ale najpiękniejsze Dreamlinery czekały prawie gotowe do opuszczenia hali i wylotu. Potęgę samolotów mogliśmy odczuć na koniec, gdy stanęliśmy pod silnikami wystawionymi do oglądania w muzeum firmowym. Człowiek czuł się przy nich bardzo malutki. Na przyzakładowym lotnisku mieliśmy szczęście zobaczyć 3 z 4 samolotów transportowych Dreamlifter, którymi prefabrykowane części przylatują do głównej fabryki z różnych zakątków USA. Na naszych oczach jeden z nich był rozładowywany czekał z otwartym lukiem ładunkowym. Polegało to na odsunięciu na bok całego ogona.
Zadowoleni z wizyty ruszyliśmy do Seattle. Pierwszy widok z góry sprawiał bardzo pozytywne wrażenie. Panorama miasta pełna jest wieżowców, a urody dodają jej zatoczki idealne na port. Gdy zjechaliśmy do najstarszej części czar prysł. Ulice były ponure, brudne i pełne bezdomnych, którzy bardzo dziwnie się zachowywali. Opinię o tym miejscu troszkę zmieniliśmy po spacerze równoległą ulicą. Była ona bardzo uporządkowana, czystsza i pelna ludzi. Zdecydowanie jest to miasto betonu i brakuje bezpośredniego dojścia do nabrzeży dla  pieszych. To co jednak ze Seattle zapamiętamy, to olbrzymia ilość Starbucksów. Prawie na każdym rogu można je tutaj znaleźć. Nie ma się jednak co dziwić, bo to ze Seattle pochodzi Starbucks.
Z mieszanymi odczuciami odnośnie miasta ruszyliśmy na nocleg u podnóża Mt. Rainier. Góra już z daleka majestatycznie króluje nad okolicą, pokazując swój ośnieżony szczyt. W świetle zachodzącego słońca ten widok zapierał dech.

niedziela, 10 września 2017

9 września Quesnel

Sympatyczne miasteczko Teracce żegna nas przyjemną, rześką pogodą. Przed nami niezbyt daleka droga do Quesnel. Krajobrazy przy drodze są już bardziej różnorodne. Oprócz typowych górskich widoków, naszym oczom ukazują się równiny oraz duże połacie lasów. Przydrożne znaki drogowe nadal ostrzegają przed dziką zwierzyną, ale my już nie liczymy, że ją uchwycimy naszymi obiektywami. Po drodze zaliczyliśmy krótki przystanek w wiosce indiańskiej. Nie jest to jednak widok typowy dla skansenów lub filmów o Winnetou. O pochodzeniu mieszkańców świadczy właściwie wyłącznie rząd totemów. Nawet pozostałości po dawnym kościółku anglikańskim mogłyby niejednego turystę zmylić. Totemy opowiadają historie różnych klanów, a w przypadku powalenia przez siły natury, pozostawiane są na swoim miejscu.
Pogoda, jak to w górach, potrafi być bardzo zmienna. Tuż przed dojazdem do celu całkiem niespodziewanie spotkała nas nawałnica gradu.

Jak większość tutejszych miasteczek Quesnel jest niewielkie i zbudowane na prostopadłej siatce. Ich wyróżnikiem są zdobione malunkami hydranty. Wydana została nawet mapka z przewodnikiem po tych osobliwych atrakcjach.


sobota, 9 września 2017

6-7-8 września rejs do Prince Rupert

Nasz statek wypływa z portu dopiero o 15:15, jednak już dwie godziny wcześniej musimy stawić się przy bramie portowej. Całe przedpołudnie mamy zatem do własnej dyspozycji. Ostatnie przechadzki, krótki wypad za miasto i czas się żegnać z tym amerykańskim portem. Pogodzie też chyba trochę przykro, bo na koniec zaczął padać deszcz. Spoglądając na prom i stojący przy nim Cruiser Coral Princes można mieć wrażenie, że płyniemy łupinką. Jednak tylko takie statki są w stanie pokonać wymagającą trasę wzdłuż wybrzeża. Rozkład rejsów musi być ściśle dopasowany do pór pływów, a różnice poziomu wody są bardzo duże. Podczas całej trasy do Prince Rupert statek zawija do kilku portów pośrednich. Dla mieszkańców tych osad to właściwie jedyny środek komunikacji. Połączenia lądowego przez góry nie mają i jedyną dostępną autostradą jest woda. Na pokładzie, oprócz osób w kajutach, podróżują również osoby śpiące na fotelach lotniczych, a nawet pod namiotem na najwyższym pokładzie. Dopiero godziny posiłków uzmysławiają jak wielu ludzi przewozi nasz prom. Najciekawszym momentem rejsu był odcinek pomiędzy Petersburgiem a Wrangell. Znajduje się tam bardzo wąski przesmyk. Na ten moment kapitan wysyła specjalnie przeszkolonego członka załogi na dziób. Tą dodatkowa para oczu pomaga bezpiecznie przejść przesmyk, a margines błędu jest niewielki. Nam na szczęście udało się spokojnie pokonać ten odcinek.
Do portu dopłynęliśmy zgodnie z planem. Dzięki ustawieniu naszego auta na samym początku sprawnie i szybko opuściliśmy poklad. Pogranicznicy też odprawili nas bez zbędnej zwłoki i już po chwili rozpoczęliśmy krótki 150 km dojazd do Teracce. Całą drogę towarzyszyły nam piękne widoki gór i rzeki wijącej się wzdłuż naszej trasy. Wjeżdżając do Teracce natknęliśmy się na lokalną uroczystość. Jak tylko się zatrzymaliśmy, zostaliśmy zaproszeni do udziału w niej, z czego skwapliwie skorzystaliśmy. Początek uświetniły lokalne tańce plemion pierwszych narodów, po czym nastąpiła cześć oficjalna i poczęstunek. My zaś cichutko wymkneliśmy się, aby nie przeszkadzać w dalszym świętowaniu

środa, 6 września 2017

5 września Skagway

Najbliższe dni będą chwilą spokoju na naszej trasie. Dziś w Whitehorse niespiesznie spacerowaliśmy po kilku uliczkach stanowiących centrum miasta. O tym, że tutaj sezon dobiegł końca, świadczy zamknięty od poniedziałku punkt informacyjny przy s/s Klondike. Jak to mówią miejscowi "Się is comming" nie wypowiadając na głos słowa "zimą". Miasto żegna nas cudowną pogodą z ponad 20 stopniami temperatury. Nareszcie można było pochować grube bluzy i kurtki. To przejaw kolejnej anomali pogodowej. Można nawet powiedzieć o swoistym okienku pogodowym. Dwa dni wcześniej i według prognoz przez kolejne dni ma być już zimno i deszczowo.
Dzięki tej wspaniałej pogodzie liczne punkty widokowe na trasie zapierają dech w piersiach krajobrazami, ślicznie podkreślonymi przez słońce. Dwa miejsca przebiły swoim pięknem wszystko. Pierwsze to jezioro szmaragdowe, z fantastycznym kolorem tafli. Wszystkim wydawało się, że będzie to widok numer jeden tego dnia, ale zdecydowanie najpiękniejszy był widok jeziora z idealnie płaską taflą, w którym niczym w lustrze odbijały się okoliczne góry. Tego widoku nie da się zwyczajnie opisać.

Przerwę w porze lunchu mieliśmy w miasteczku Carcross. Jego nazwa to zbitka słów cariboo i crossing idealnie oddająca pierwsze widoki białych odkrywców tych terenów. Z uwagi na ukształtowanie White Pass, czyli biała przełęcz, jest jedynym możliwym miejscem do przekroczenia gór nabrzeżnych. Dlatego też miasteczko stanowi stację początkową dla pociągu transportującego surowce i turystów nad wybrzeże. Sama trasa kolejowa należy do jednych z najbardziej urokliwych na świecie. Jako ciekawostkę należy zauważyć, że jest to kolej wąskotorowa. Na jej drugim końcu w Skagway wyeksponowane zostały dawne lokomotywy. Między nimi znalazła się też jedna z zamontowaną na czele olbrzymią tarczą, która w wyglądzie przypomina obecne maszyny do drążenia tuneli w skałach. Takie wyposażenie zakładano w okresie zimowym, gdy trzeba było przebić się przez nawet kilkumetrowe zaspy śnieżne.
I znów musimy cofać zegarki, gdyż przekraczamy po raz kolejny amerykańską granicę, by po kilku kilometrach znaleźć się u celu w Skagway. Podobnie jak inne miasteczka, jest ono niewielkie i zbudowane na kwadratowym planie. Nad niską zabudową górują wielopiętrowe wycieczkowce. Miasto zdecydowanie nastawione jest na obsługę masowego turysty i to tego zamożniejszego. Bez przesady można stwierdzić, że co drugi sklep to jubiler. Można też wyczuć w miasteczku nutkę westernu, bo do dzisiaj chodniki stanowią drewniane, wyniesione kładki. W okolicznych strumykach można zaobserwować mnóstwo łososi. Prawdopodobnie szykują się do dalszej drogi w górę strumieni ćwicząc nieustannie skoki. Niestety na dnie możemy ujrzeć całe mnóstwo ich martwych towarzyszy. Towarzyszący temu zapach nie pozwala długo delektować się oglądaniem skoków.

wtorek, 5 września 2017

4 września znów do Whitehorse

Przygraniczne Beaver Creek to właściwie drobna osada z kilkoma domami, motelem dla podróżnych, kościółkiem dla kilkunastu wiernych i ostatnią stacją przed granicą. Mimo to nawet kanadyjscy pogranicznicy swój postarunek woleli usytuować w tej drobnej osadzie niż na rzeczywistej granicy 20 km dalej. Na pożegnanie tej osady odwiedziliśmy bardzo niezwykłego człowieka o korzeniach holenderskich. Prowadzi on samozwańcze muzeum, w którym zebrał mnóstwo przedmiotów życia codziennego z okresu budowy Alaska Highway. Niestety jest to wyeksponowane w bardzo prowizorycznych warunkach. Niewątpliwą atrakcję stanowią jednak odrestaurowane samochody, a perełką w kolekcji jest ciężarówka, która służyła budującym drogę oraz Ford z lat 20.

Pogoda w Beaver Creek napawała optymizmem w kontekście zaplanowanego lotu nad polem lodowym w okolicach Mt. Logan. Słoneczko pięknie świeciło, a na horyzoncie tylko nieliczne chmurki. Niestety pierwsze wieści z lotniska były niepomyślne. Wiatr jest za silny i na teraz lot jest niemożliwy. Po dojeździe na miejsce najgorsze przypuszczenia się spełniły. Prognozy na  najbliższy czas były tak niepomyślne, że zdecydowano się zamknąć je na dzisiaj. Pozostało nam z żalem odjechać na piknik. Tym razem rozstawiliśmy się na polu biwakowym obok jeziora Kluane. Grillowany łosoś był przepyszny i rozszedł się błyskawicznie.

Gdy ruszyliśmy z biwaku byliśmy świadkami niezwykłego zjawiska. Nad taflą wody w zatoczce jeziora unosiły się drobinki skał, które z daleka wyglądały jak mgła przewiewana wiatrem.

Nasze szczęście do zwierząt chyba pozostało gdzieś w kraju, bo to kolejny dzień, gdy na naszej trasie nie widzimy przedstawicieli największych gatunków. No może z wyjątkiem bardzo ładnego filmu promującego region w centrum turystyki.

poniedziałek, 4 września 2017

3 września droga do Beaver Creek

Dzisiaj prawdziwy dzień drogi. Do przejechania mamy ok 900 km. Zanim jednak ruszymy w drogę warto przyjrzeć się największemu miastu Alaski. Topografia miasta jest bardzo łatwa z uwagi na szachownicowy układ ulic. Dodatkowo sprawę ułatwia numeracja, która w jedną stronę jest kolejnymi liczbami, a prostopadłe do nich ulice nazwane są kolejnymi literami. Co ciekawe na głównej ulicy oprócz budynków administracji królują sklepy z pamiątkami. Po zakupach czas zapakować się do naszego busa i podjąć wyzwanie długiej trasy. Stan drogi jest świetny, ale szybką jazdę uniemożliwiają wspaniałe widoki. Zwyczajnie nie da się nie zatrzymać i nie zrobić zdjęć tych cudownych krajobrazów. Wspaniałych widoków nie brakuje, bo praktycznie cała trasa prowadzi wzdłuż gór Chugach i parku krajobrazowego Wrangell Św. Eliasza. Dodatkowego uroku dodaje pełna jesienna paleta barw lasów porastających stoki. Można byłoby siedzieć na punktach widokowych godzinami i kontemplować te cuda natury. Małym bonusem z uwagi na braki czasowe był lunch na jednym z takich punktów, na wprost nas, prezentował się lodowiec Manatuska.
Cała dzisiejsza trasa to taka Alaska w pigułce. Podziwialiśmy wysokie szczyty skąpane w puchu białego śniegu, lodowce majestatycznie spadające w doliny, płytkie jeziorka, w których lubią żerować łosie, lasy borealne oraz feria barw lasów liściastych w niższych partiach. Przyglądając się mijanym samochodom można zauważyć dwie główne grupy. Jedną stanowią myśliwi ciągnący na przyczepkach swoje quady, niekiedy nawet po dwa lub dwuosobowe, a drugą pickupy z zaczepioną na nich przyczepą campingową. Zakres mijanych rejestracji jest też bardzo szeroki i mijamy kierowców nawet z odległych stanów.

niedziela, 3 września 2017

2 września Seward

Długo sobie dzisiaj nie pospaliśmy, gdyż wcześnie rano ruszyliśmy w drogę do Seward na rejs po fiordach Kenai. Słoneczko poranne dawało nadzieję na piękne krajobrazy. Już niedługo po odpłynięciu otoczyło nas stadko lwów morskich, ale dużo większy aplauz wzbudziły delfiny. Przepięknie się bawiły przepływając pod kadłubem i wyskakując z drugiej strony. Co ciekawe mają bardzo nietypowe czarno-białe ubarwienie. Ktoś mógłby pomylić je z malutkim orkami. Po tym spotkaniu pogoda zaczęła powoli się psuć. Na szczęście zwierzęta dopisały i okolice naszego stateczku nawiedziły humbaki oraz orki. Widok tych pięknych zwierząt budzi podziw i lęk jednocześnie. Wszyscy byliśmy urzeczeni. Na półmetku rejsu dopłynęliśmy do punktu kulminacyjnego, czyli lodowca. Pomimo rzęsistego deszczu biała ściana lodu wyglądała majestatycznie. Z utęsknieniem czekaliśmy na moment, w którym się ocieli. Na szczęście po dosyć krótkiej chwili byliśmy świadkami tego genialnego działania sił natury. Podsumowując wycieczkę można uznać za udaną i to mimo niesprzyjającej pogody.

1 września Anchorage

Powoli ruszamy w drogę na południe. Nie oznacza to jednak, że będzie coraz cieplej. Przed wyjazdem z Anchorage odwiedziliśmy jeszcze park pionierów. Jest to niewielki teren zielony, na którym zgromadzono eksponaty z historii regionu. Znajdziemy tam między innymi wagon, w którym przybył na Alaskę prezydent Harting. Nie było mu dane jednak powrócić, gdyż już wyjeżdżając poczuł się źle, a w drodze powrotnej zmarł. Ponadto zebrane zostały domki z epoki, które obecnie wykorzystane są jako sklepiki, knajpki lub hotele.
Żegnając się z miastem ruszamy w kierunku parku Denali. Z Talkeetna mieliśmy zaplanowany lot nad największą górą kontynentu. Pogoda była tego dnia bardzo zmienna i sprawa lotu była bardzo niepewna. Podobnie do zmian pogody odżywała i gasła nadzieja. Ostatecznie chmury i deszcz odniosły zwycięstwo. Podczas lotu szczytu byśmy nie zobaczyli, więc ostatecznie pierwsza okazja lotu przepadła. Dodatkowy czas zagospodarowaliśmy buszując po sklepikach miasteczka. Niestety pogoda nadal nas nie rozpieszczała i Anchorage przywitało nas deszczowo.

piątek, 1 września 2017

31 sierpnia koło podbiegunowe

Powoli zbliża się półmetek naszej wycieczki. Dziś też w pewnym sensie przełomowy punkt, bo najbardziej wysunięty punkt na naszej wyprawie. Szutrową drogą, a właściwie dawną drogą serwisową rurociągu alaskańskiego do punktu leżącego dokładnie na 66 stopniu i 33 minutach szerokości geograficznej północnej. Przygotowany jest tam specjalny punkt oraz tablica informacyjna. Dodatkowo można skorzystać z przygotowanych tam miejsc piknikowych, co z przyjemnością nasza grupa zrobiła. Towarzyszyły nam wszędobylskie ptaszki, które dosłownie jadły nam z ręki. Dla chętnych była możliwość uzyskania certyfikatu przekroczenia koła polarnego. Chwilą na kole polarnym nie mogliśmy się długo cieszyć, gdyż czekało nas ok 300 mil powrotnej drogi. Ruch na tej trasie jest niewielki, a większość stanowią masywne ciężarówki oraz turyści starający się dotrzeć jeszcze dalej za koło polarne. Ze zwierzyny dziś spotkaliśmy jedynie małego czarnego niedźwiedzia. Nadal czekamy na zdjęcia łosia pozującego że swoimi łopatami. Infrastruktura na trasie jest dosyć uboga w tym terenie i tankowanie trzeba planować z wyprzedzeniem. Swoje niedogodności droga rekompensuje wspaniałymi jesiennymi widokami, w które majestatycznie wpisuję się wijący niczym wąż rurociąg. Wracając do Fairbanks w naszym aucie wyglądaliśmy jak po rajdzie Dakar. Koloru, marki i rejestracji samochodu spod warstwy błota nie sposób rozpoznać. Mimo wszystko humory wszystkim dopisywały, a to najważniejsze.