Na początku naszej wyprawy już dojechaliśmy do jednego z kluczowych jej punktów, czyli sławnych wodospadów Niagara falls. Nie są one wprawdzie ani największe, ani najszersze, ale bez wątpienia najbardziej rozpoznawalne na świecie. Pierwsze nasze spotkanie to rzut oka z lotu ptaka na ich pełną krasę. Mogliśmy więc spojrzeć na skromniejszą ich amerykańską część i bardziej okazałą kanadyjską. Amerykanie dodatkowo zbudowali specjalny pomost, aby choć trochę więcej zobaczyć kanaryjskiej części. Z punktu widokowego zjechaliśmy już nad sam wodospad. Spacerując wzdłuż niego nie mogliśmy oderwać wzroku i co róż aparaty błyskały fleszem nowych zdjęć. Na zakończenie wsiedliśmy na piętrowy stateczek i wszyscy odzianie czerwone peleryny (pasażerowie statków amerykańskich mają niebieskie) podplynelismy pod sam wodospad. Pomimo ochrony i tak zostaliśmy częściowo zmoczeni przez wodospad. Było to mimo wszystko wspaniałe przeżycie i warto to powtórzyć. W drodze powrotnej do Toronto, na prośbę wycieczki, zatrzymaliśmy się w outlecie na krótką godzinkę.
Najciekawsze przygody dnia były związane z planowanym wieczornym lotem to Calgary. Najpierw na skutek pomyłki trafiliśmy na niewłaściwe lotnisko, a po wyjaśnieniu sprawy musieliśmy czekać na przeniesienie biletów na inny lot. Gdy już staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami kart pokładowych, okazało się, że awarii uległ system obsługi bagażu i nie ma pewności czy doleci on z nami. Szybko trzeba było najpotrzebniejsze rzeczy przepakować do bagażu podręcznego. Gdy już szczęśliwie przeszliśmy kontrolę bezpieczeństwa, okazało się, że nasz samolot ma godzinne opóźnienie. Suma summarum do celu dotarliśmy dopiero o 2 w nocy, a w dodatku jeden bagaż z naszej grupy nie dotarł. Wykończeni w łóżkach znaleźliśmy się dopiero po 3.
piątek, 25 sierpnia 2017
22 sierpnia Niagara falls
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz