Wykończeni przygodami dnia poprzedniego, pozwoliliśmy sobie na odrobinę dłuższy sen. Niemniej Calgary już na nas czekało i przywitało nas upałem ponad 30 stopni. Miasto jest bardzo rozległe i raczej o niskiej zabudowie, ale nad samym centrum górują rzędy wieżowców. Szybko nadrabiamy zaległości, więc przed nami krótki spacer i szybki transfer do wioski olimpijskiej. Trzeba przyznać, że bardzo umiejętnie zagospodarowano wszystkie obiekty i tętnią one nadal życiem sportowym. W okresie letnim można tam skorzystać z wielu sportów ekstremalnych, a z ciekawostek przed budynkiem znajduje się bobslej słynnej jamajskiej osady bobslejowej. Oczywiście nie ten prawdziwy, a ten co grał w filmie o nich.. Z Calgary ruszamy na spotkanie z naszym pierwszym parkiem narodowym Banff. Już na wstępie krajobrazy wywierają na nas kolosalne wrażenie, a wisienką na torcie jest widok na lodowiec z tarasu w hotelu. Bardzo zazdrościliśmy gościom możliwości relaksu w takim otoczeniu. W drodze na późny nocleg zboczylismy jeszcze pod piękny wodospad. Nad ścieżce pod niego spotkaliśmy bardzo urokliwego mieszkańca tych lasów, chipa czyli wiewiórkę naziemną, znaną dzieciom z kreskówek. Pełni wrażeń dotarliśmy na zasłużony odpoczynek w Golden
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz