czwartek, 10 grudnia 2015

9 grudnia Cochabamba

Dziś mieliśmy prawdziwe 360 km przygody. Plan był prosty, pokonać 360 km główną drogą nr 7 z Samaipate do Cochabamby. Droga na mamie była oznaczona na gruby czerwony kolor, czyli lepiej niż nasze dotychczasowe drogi. Ponadto jej kawałek pokonalismy dojezdzajac do Samaipate i zadanie wydawało się proste na ok 7 godzin. Ale do rzeczy.
Pierwsze 80 kilometrów upłynęło spokojnie, choć asfalt miał sporo dziur. Gdy rozpoczęliśmy wspinaczkę na szczyty,  asfalt się skończył i pozostał szuter. Mimo wszystko droga nie była zla, ale trzeba było jechać wolniej. Tak pokonywalismy kolejne szczyty,  to się wspinajac, to zjezdzajac. Co jakiś czas mijalismy ekipy pracujące przy remoncie drogi.
Pierwszą niespodziankę napotkalusmy gdy do celu mieliśmy prawie 200 km. Widzimy kolejne ekipy budowlane,  a jeden pracownik zatrzymuje ruch. Czekamy cierpliwie aż wszystkie ciężarówki przejada i liczymy na wolną drogę. Ciężarówki przejechaly, mijają minuty, a nadal nas trzymają. Postanowiliśmy dowiedzieć się czegoś od pracownika. Okazało się,  że ruch puszczany jest kilka razy dziennie po 15 minut. Najbliższy termin to hodzina 15. Mamy więc prawie 1,5 godziny czekania. Dla zabicia nudy wróciliśmy do pobliskiej wioski i tam przeczekalismy. Przed 15 stawilismy się razem z innymi autami i lokalnym pksem przed punktem. Co ciekawe przed dojazdem do punktu PKS miał problem z pokonaniem jednego małego zjazdu i trochę trwało zanim robotnicy z żeńska częścią pasażerów pksu rozbili przeszkadzajacy prog.
Chwilę po 15 puszczono ruch i ruszyliśmy. Nie ujechalismy daleko, bo po ok 500 m okazało się,  że tir z bardzo nisko osadzona naczepa utknal. Naczepa utknela na wale i zablokowany był dalszy przejazd.  Sciagnieto więc rownarke i miała ona pomoc wyciągnąć naczepe. Niestety kolejne próby były nieudane i za każdym razem łańcuch pekal. Sciagnieto więc dodatkowo wywrotke i do niej jeszcze raz przymocowano cały zestaw. Po kilku pociagnieciach całość ruszyła i po godzinnym oczekiwaniu ruszyliśmy dalej.
Po kilkunastu kilometrach dojechaliśmy do kolejnego punktu,  gdzie droga jest zamknięta. Tutaj nie chciano już nas puścić dalej i nie było perspektywy na otwarcie drogi dzisiaj. Z pomocą przyszedł nam gps. Sam znalazł objazd,  który prowadził wąskimi wiejskimi drozkami. Przez moment poczulismy się jak na rajdzie,  bo musieliśmy pokonać mały strumyk brodem. Ostatecznie po kilku kilometrach objazdu wróciliśmy na właściwą drogę. Byliśmy jednak cały czas w środku prac budowlanych.
Kolejną przeszkodę napotkalismy po kilkunastu kilometrach. Droga była zasypana i nieprzejezdna, a pracowały na niej spychacze.  Na szczęście okazało się, że jak poczekamy 30 minut,  droga będzie przejezdna. Tak też się stało i po niespełna 30 minutach z innymi autami ruszyliśmy.
Zjezdzalismy w nizsze partie gór i wydawało się,  że to koniec naszych przygód.  Nagle droga znów okazała się zablokowana z uwagi na prace z materiałami wybuchowymi. Na jej otwarcie musielibyśmy czekać do 20. Na szczęście życzliwy miejscowy sam zaproponował,  że poprowadzi nas objazdem. I znów przez kilkanaście kilometrów jechaliśmy polnymi drozkami z naszym nowym pilotem. Na koniec objazdu dotarliśmy już do ładnego odcinka asfaltowego.
Ostanie 120 km przejechalismy jyz po bardzo dobrej drodze,  ale częściowo już po zmroku.

Przygoda była przednia,  a samochód i Bogusz za kierownicą spisali się świetnie.  Pozostałe odcinki do La Paz pokonamy juz dobrymi i znanymi nam drogami.
Co ciekawe ruszając dzisiaj w drogę zatrzymywalismy się 2 razy na punktach poboru opłat i nikt słysząc,  że jedziemy do Cochabamby,  nie powiedział nic o zamknięciu drogi.

1 komentarz:

  1. Trzeba dodać Kamilo, że to objazdy ścieżynkami, których ślad ledwie był widoczny wiodły przez wysokie kordyliery pwnie ponad 3800 mnp.
    Leszek G.

    OdpowiedzUsuń