Za nami bardzo długi i wyczerpujący dzień. Rozpoczęliśmy go ze świtem, a naszym pierwszym przystankiem był wąwóz zwany "New York". W pięknym porannym słońcu jego czerwony kolor sprawiał wrażenie obcowania z rzeczywistością innej planety. Było to jedynie preludium do wizyty w wiosce plemienia Konso. Swoje osady budowali oni z kamieni na szczytach wzgórz i dodatkowo ogradzali wioskę kamiennym murem z 3 drewnianymi bramami. Wszystko to z obawy przed innymi plemionami i zwierzętami. Wraz z rozrostem kolejne domy powstawały poniżej muru i były ogradzane kolejnym murem. W ten sposób osady rozbudowywaly się w dół wzgórza i posiadały kilka kręgów budynków. Ponieważ taką wioskę zamieszkiwali członkowie wielu klanów co 18 lat w demokratycznych wyborach wybierany jest szef wioski. Jak widać demokracja kwitnie tutaj już od setek lat.
Po lunchu ruszyliśmy w długi przejazd, który jak zwykle urozmaicany był przez bydło, kozy i inne zwierzęta, które co chwilę pojawiały się na drodze. Naszym celem był lokalny targ. Ponieważ jak dotarliśmy było juz późne popołudnie, handel chylił się ku końcowi. Niemniej mieliśmy okazję zobaczyć całe bogactwo strojów i rysów okolicznych plemion. Ponieważ był to targ codzienny, przeważały na nim produkty rolne i sprzęty niezbędne w domu. Niektórzy po owocnym handlu raczyli się alkoholem.
Ostatnim punktem programu była wizyta u Hamerrow. Dotarliśmy tam tuż przed zachodem słońca u ten moment wydobył niesamowitą barwę ziemi, która w połączeniu z drewnianymi chatkami dawała ciekawy klimat. To pasterskie plemie żyje w skromnych wioseczkach, gdzie domy nie są trwałe z uwagi na częste przeprowadzki. Ludzie z tej grupy charakteryzują się pięknym wyglądem. Nawet osoby starsze mają w zmarszczkach jakieś ukryte piękno. Magię tego miejsca burzy jednak konieczność płacenia za każde zdjęcie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz