Najbliższe dni będą chwilą spokoju na naszej trasie. Dziś w Whitehorse niespiesznie spacerowaliśmy po kilku uliczkach stanowiących centrum miasta. O tym, że tutaj sezon dobiegł końca, świadczy zamknięty od poniedziałku punkt informacyjny przy s/s Klondike. Jak to mówią miejscowi "Się is comming" nie wypowiadając na głos słowa "zimą". Miasto żegna nas cudowną pogodą z ponad 20 stopniami temperatury. Nareszcie można było pochować grube bluzy i kurtki. To przejaw kolejnej anomali pogodowej. Można nawet powiedzieć o swoistym okienku pogodowym. Dwa dni wcześniej i według prognoz przez kolejne dni ma być już zimno i deszczowo.
Dzięki tej wspaniałej pogodzie liczne punkty widokowe na trasie zapierają dech w piersiach krajobrazami, ślicznie podkreślonymi przez słońce. Dwa miejsca przebiły swoim pięknem wszystko. Pierwsze to jezioro szmaragdowe, z fantastycznym kolorem tafli. Wszystkim wydawało się, że będzie to widok numer jeden tego dnia, ale zdecydowanie najpiękniejszy był widok jeziora z idealnie płaską taflą, w którym niczym w lustrze odbijały się okoliczne góry. Tego widoku nie da się zwyczajnie opisać.
Przerwę w porze lunchu mieliśmy w miasteczku Carcross. Jego nazwa to zbitka słów cariboo i crossing idealnie oddająca pierwsze widoki białych odkrywców tych terenów. Z uwagi na ukształtowanie White Pass, czyli biała przełęcz, jest jedynym możliwym miejscem do przekroczenia gór nabrzeżnych. Dlatego też miasteczko stanowi stację początkową dla pociągu transportującego surowce i turystów nad wybrzeże. Sama trasa kolejowa należy do jednych z najbardziej urokliwych na świecie. Jako ciekawostkę należy zauważyć, że jest to kolej wąskotorowa. Na jej drugim końcu w Skagway wyeksponowane zostały dawne lokomotywy. Między nimi znalazła się też jedna z zamontowaną na czele olbrzymią tarczą, która w wyglądzie przypomina obecne maszyny do drążenia tuneli w skałach. Takie wyposażenie zakładano w okresie zimowym, gdy trzeba było przebić się przez nawet kilkumetrowe zaspy śnieżne.
I znów musimy cofać zegarki, gdyż przekraczamy po raz kolejny amerykańską granicę, by po kilku kilometrach znaleźć się u celu w Skagway. Podobnie jak inne miasteczka, jest ono niewielkie i zbudowane na kwadratowym planie. Nad niską zabudową górują wielopiętrowe wycieczkowce. Miasto zdecydowanie nastawione jest na obsługę masowego turysty i to tego zamożniejszego. Bez przesady można stwierdzić, że co drugi sklep to jubiler. Można też wyczuć w miasteczku nutkę westernu, bo do dzisiaj chodniki stanowią drewniane, wyniesione kładki. W okolicznych strumykach można zaobserwować mnóstwo łososi. Prawdopodobnie szykują się do dalszej drogi w górę strumieni ćwicząc nieustannie skoki. Niestety na dnie możemy ujrzeć całe mnóstwo ich martwych towarzyszy. Towarzyszący temu zapach nie pozwala długo delektować się oglądaniem skoków.
Wspaniałe miejsca, zazdroszczę Ci Kamilo, świetne wygląda ten potwór do odśnieżania:)
OdpowiedzUsuń